Gringo na nowym kontynencie!
Po jedenastu godzinach lotu wreszcie
dotarliśmy na miejsce. Właściwie spodziewaliśmy się czegoś gorszego po
hiszpańskich liniach lotniczych i przede wszystkim przy cenie 1190 zł.
Air.iberia bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Zjadłam zjadliwą kolację, zobaczyłam fajny film i wypiłam całkiem dobre włoskie wino, po którym zasnęłam jak dziecko na prawie 7 godzin, i czego więcej chcieć?
Air.iberia bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Zjadłam zjadliwą kolację, zobaczyłam fajny film i wypiłam całkiem dobre włoskie wino, po którym zasnęłam jak dziecko na prawie 7 godzin, i czego więcej chcieć?
Po przybyciu na miejsce okazało się, że
Brazylia nie jest tak gorąca, jak się spodziewałam. Nie uderzył mnie, jak to
było na Mauritiusie czy w Indonezji, podmuch gorącego, praktycznie beztlenowego
powietrza. Ale i tak poczułam się cudownie – wreszcie nie
jest mi zimno! Nawet w Madrycie zdołałam nieźle wymarznąć przez ostatnie 3 dni.
Mimo, że było tam kilkanaście stopni i dużo słońca, czego w lutym
w Polsce nie śmiałabym nawet oczekiwać, to wieczorami robiło się na prawdę wietrznie
i zimno. A ja, już standardowo, przemierzyłam kilometry, zwiedzając miasto ubrana na
cebulkę – koszula, bluza i jeansowa kurtka, czyli mój podróżniczy mundurek, który
stanowi jednocześnie wszystkie ubrania z długim rękawem, jakie zabieram ze sobą w każdą podróż.
Na lotnisku w Sao Paolo okazało się, że kupując bilety autobusowe na transfer z lotniska, jak i na wszystkie dłuższe trasy, należy wpisać na nich nie tylko imię i nazwisko oraz datę urodzenia, ale również numer dokumentu. Przy odbiorze bagażu kierowca dokładnie sprawdza numery na wcześniej przyklejonych na plecakach i walizkach naklejkach. To się nazywa `środki bezpieczeństwa`!
Na lotnisku w Sao Paolo okazało się, że kupując bilety autobusowe na transfer z lotniska, jak i na wszystkie dłuższe trasy, należy wpisać na nich nie tylko imię i nazwisko oraz datę urodzenia, ale również numer dokumentu. Przy odbiorze bagażu kierowca dokładnie sprawdza numery na wcześniej przyklejonych na plecakach i walizkach naklejkach. To się nazywa `środki bezpieczeństwa`!
W
drodze z lotniska w Sao Paolo do Santos miałam okazję zobaczyć te "legendarne" fawele. Slumsy, bo
tak po krótce można jest nazwać, budowane są głównie na wzgórzach, tworząc rozległe osiedla,
wyglądające właściwie jak potężne składowiska rupieci. Cegły, kamienie, blachy
- to wszystko, z czego budowane są te malutkie domy. Oczywiście nie brakuje tam anten telewizyjnych, satelit i
nawet samochodów. Sa szkoły, boiska, sklepy, toczy się normalne życie. Gdy
zobaczyłam te tysiące chatek, jedna przy drugiej, druga na trzeciej, jakoś tak
zupełnie prozaicznie pomyślałam o listonoszu....Okazuje się jednak, że mieszkańcy
faweli nie mają adresów, pocztę najczęściej odbierają w miejscu pracy. Powodem
tego jest jednak nie tylko potencjalny
problem z donoszeniem listów miłosnych, czy może raczej wezwań czy rachunków,
bo w dzisiejszym świecie listy miłosne to już chyba tylko w muzeum mozna
znaleźć. Otóż, mieszkańcy faweli przeważnie pobierają zarówno prąd, jak i wodę
"na lewo", nie wspominając już o płaceniu podatków... Z czego żyją?
ciężko powiedzieć: pracują tu i tam, sprzedają co popadnie, część z nich
handluje narkotykami, część żyje z mniejszych lub większych rabunków. W
regionie Sao Paolo żyje ponad 20 milionów ludzi, ciężko oceniać wszystkich jedną miarą, biorąc pod uwagę liczbę
mieszkańców całej Polski.. Zresztą – co taki
gringo jak ja może wiedzieć!
Gdy dotarliśmy do dworca w Santos, okazało
się, że bankomat nie akceptuje naszych
kart płatniczych, a za bilety miejskie nie można płacić kartą. Natomiast nasza gotówka, Reale (po brazylijsku - portugalsku brzmi to
jak `heajs`), o którą zadbalismy już wcześniej, czekała na nas w Santos . Po pięciokrotnym obiegnięciu dworca zdaliśmy sobie wreszcie sprawę, że
nasze karty są bezużyteczne. Wpadliśmy jeszcze na desperacki pomysł, tuż przed żebraniem albo ewentualnym 15to km
spacerem (bo podróżowanie na stopa w tym regionie raczej z góry odrzuciłam), żeby spróbować kupić coś kartą i poprosić o
resztę. Dziewczyna za ladą spojrzała na nas litościwie po wysłuchaniu naszej
krótkiej historii, po czym już bez litości powiedziała, że to nie możliwe. Gdy
tak ślepo błądziłam wzrokiem po chipsach na ladzie, szukając chyba jakiegoś genialnego pomysłu,
podeszła do nas baaaardzo duża dziewczyna, która właśnie kupowała jakieś
przekąski, wyciągnęła do nas rękę z 7 realami, i powiedziała, że to nam
wystarczy na dwa bilety. Byliśmy w takim szoku, że nawet nie wiedzieliśmy co
powiedzieć. Przed wylotem nasłuchałam
się wielu historii o rabunkach z bronią w reku i powszechnych kradzieżach w
Brazylii. Przemilczałam je i zarejestrowalam, ale nigdy nie stracilam wiary w
ludzi. Niedługo przed wyjazdem idąc wieczorem przez rynek, zobaczyłam
bezdomnego dziadka, śpiącego pod sukiennicami. Miał na sobie i wokół siebie
cały swój dobytek. Nie zwykłam dawać pieniędzy żebrakom, bo jak mówi mój
ulubiony filozof (chociaż pewnie to tylko jak uważam go za filozofa) Osho :
lepiej jest pomóc bogatemu mądrze wydać pieniądze, niż dać pieniądze biednemu,
bo to jest tylko krótkotrwała, a na dłuższą metę krzywdząca pomoc. W każdym
razie strasznie żal zrobiło mi się tego dziadka, wyciagnelam dychę z portfela,
zapytałam go czy dobrze się czuje i czy coś jadł, na co on, ku mojemu
zaskoczeniu, że dziękuje, I wszystko dobrze. Gdy dawałam mu do ręki
pieniądze, powiedział, że nic nie potrzebuje. Gdy nalegałam
podziękował ze łzami w oczach i życzył mi dużo zdrowia, i wszystkiego dobrego.
I co się stało? Nie dość, że poczułam się chociaż przez chwilę lepiej, to jeszcze ta sama dycha wróciła
do mnie kilka dni później na innym
kontynencie, w innej walucie. Muszę ją koniecznie puścić dalej w świat, bo
nigdy nie wiadomo kiedy uratuje mi znowu tyłek ! :)
Gdy dotarliśmy na
miejsce, zmęczeni, spoceni i lepiący się, czekała już na nas mama Ayltona, z
prawdziwą brazylijską wołowiną (jak mówią brazylijczycy – z `mięsem`, bo ani
kurczak, ani inne zwięrzeta, ani europejska wołowina, nie jest przez nich
określana tym mianem), czarną fasolą i całą gamą cudownych owoców – od papai,
przez marakuje, małe bananki i moje ukochane... MANGO! Od powrotu z Indonezji
nie jadłam tak dobrych i świeżych owoców. AHHHHhhhhhh....
Po południu wybraliśmy się na długi spacer po plaży w Santos. Na długi, bo plaża tam nie ma końca! wzdłuż niej ciągnie się najdłuższy `plażowy ogród` na świecie, oraz sznur drapaczy chmur. Nie jest to rajskie wybrzeże, które miałam okazję podziwiać na Mauritiusue, ale i tak jest cudownie!!! Ludzie biegają, ćwiczą jogę, spacerują, piją wodę kokosową, dzieci grają w piłkę nożną i ćwiczą na gumowych taśmach, rozciągniętych między palmami. Nie dziwi mnie, że wszyscy wydają się tutaj tacy wyluzowani i szczęśliwi.
I do tego ten zachód słońca......
Po południu wybraliśmy się na długi spacer po plaży w Santos. Na długi, bo plaża tam nie ma końca! wzdłuż niej ciągnie się najdłuższy `plażowy ogród` na świecie, oraz sznur drapaczy chmur. Nie jest to rajskie wybrzeże, które miałam okazję podziwiać na Mauritiusue, ale i tak jest cudownie!!! Ludzie biegają, ćwiczą jogę, spacerują, piją wodę kokosową, dzieci grają w piłkę nożną i ćwiczą na gumowych taśmach, rozciągniętych między palmami. Nie dziwi mnie, że wszyscy wydają się tutaj tacy wyluzowani i szczęśliwi.
I do tego ten zachód słońca......


Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia