Powrót z Brazylii...
Zaraz po powrocie do Krakowa na pytanie: "jak było w Brazylii?" nie potrafiłam do końca odpowiedzieć. Nie należę do ludzi, którzy narzekają na wyjazdach, a potem opowiadają wszystkim, jak to tańczyli na ulicy, śmiali się i robili "same cudowne rzeczy". Nie leżę też plackiem na plaży tylko po to, żeby uniknąć złośliwych pytań w stylu: "taka blada wróciłaś z tropików?". Ja nie podróżuję dla kogoś, ja to robię dla siebie. Tak zwyczajnie.
Pewien niemiecki filozof i podróżnik powiedział kiedyś:
Der kürzeste Weg zu sich selbst führt um die Welt herum, co oznacza mniej więcej tyle co, że najkrótsza droga do samego siebie wiedzie dookoła świata.
Gdy podróżujemy, odkrywamy nowe kultury, kiedy rozmawiamy z lokalnymi ludźmi, czy innymi "zagubionymi duszami", gdy słuchamy muzyki i dźwięków przyrody, kosztujemy smakołyków i przypraw, kiedy poznajemy zapachy kwiatów, owoców, perfum, kadzideł, czy smród ulic, gdy czujemy na swej skórze bryzę oceanu, mocne promienie słońca czy też ciężki deszcz, czy nawet, gdy spotykają nas nieprzyjemne przygody (typu operacje, intensywne terapie, agresywne małpy czy równie agresywni gitarzysci;) ) -pod warunkiem, że oddajemy jakąś małą cząstkę siebie, bierzemy wzamian taką mądrość, która pomaga nam odpowiedzieć na nurtujące nas pytania, która zbliża nas do samych siebie.
Ja również nie wydawałam nigdy tych czasem ciężko zarobionych pieniędzy (np przez mycie kibli w szpitalach czy roznoszenie ulotek o 5 rano) na to, żeby móc pochwalić się dwoma pamiątkami, 20 zdjęciami i piękną głęboką opalenizną.
Nie - ja szukam odpowiedzi na wciąż powstające w mojej głowie pytania. O sens, przyczynę, skutki.
Na pytanie "jak było w Brazylii" jestem w stanie odpowiedzieć dopiero teraz, po kilku tygodniach. To nic, biorac pod uwagę, że Indonezja podsumowania doczekała się po 3 latach ;)
To może najpierw opowiem o ostatnich 43 długich godzinach naszej podróży...
Otóż, powrót do domu okazał się bardziej skomplikowany, niż nam się wcześniej wydawało. Trwał prawie dwie doby, wiódł przez 4 kraje, w temperaturze między 0 i 30 stopni. A wyglądał mniej więcej tak:
Gdy tylko wyszliśmy z mieszkania w Santos zaskoczyła nas okropna ulewa. Po 5 minutach dotarliśmy już kompletnie mokrzy do przystanku, z którego mieliśmy pośpiesznym busem w 20 minut dojechać do dworca głównego, za miastem. Taki był plan. Jednak rzeczywistość lubi nas zaskakiwać. Autobus przyjechał po 10 minutach. Tak, przyjechał.. i przejechał. Nie zatrzymał się mimo naszego machania, skakania, a w końcu i gróźb. W tej sytuacji musieliśmy pobiec w ulewie na kolejny przystanek, na autobus miejski. Mieliśmy w zapasie 1,5 h do odjazdu autokaru w kierunku lotniska Sao Paulo. Teoretycznie bardzo przesadzona rezerwa. Jednak ulewa była tak ogromna, że po godzinie przesuwania się żółwim tempem dotarliśmy zaledwie do centrum miasta. Widziałam panikę w oczach Ayltona. 10 minut później postanowiliśmy opuścić autobus, który zatrzymywał się na każdym przystanku, dosłownie co 300m, i złapać taksówkę. Jednak jak na złość wszystkie przejeżdżające taksówki były pełne, w okolicach żadnego postoju. Rzuciłam plecak i wyszłam na środek jezdni, i machając kciukami, a potem już rękomi, próbowałam łapać stopa... jednak nikt nie uległ moim wdziękom. Gdy w akcie desperacji podeszłam do parkującego kierowcy i zapytałam, czy nie zawiózł by nas na dworzec, prawie przede mną uciekł.
Na Mauritiusie było to znacznie prostsze. Na widok wymachującej rękami blondynki wszystkie auta stawały prawie z piskiem opon. Ale faktem jest też to, że nie mam już tych 23 lat... ;)
10 minut do odjazdu, zatrzymuje się taksówka, Aylton mówi, że to bez sensu, że musimy poszukać nowego lotu, ja wzywam już do pomocy całą rzeszę świętych, i praktycznie wypycham 3 panie, które bez pośpiechu płacą i wypełzają z taryfy. Gdy wreszcie udało nam się wepchać plecaki i siebie samych do samochodu, zapytaliśmy, jak najszybciej możemy dojechać do dworca. Pan się spokojnie odwrócił, uśmiechnął i powiedział "maksymalnie 10 minut, nie martwcie się." Spojrzeliśmy na siebie wzajemnie i z przerażeniem krzyknęliśmy niemal jednocześnie "Autobus odjeżdża za 7 minut!!"
Gdy dojechaliśmy do dworca wyskoczyłam z jeszcze zatrzymującej się taksówki i z biletami w ręku pobiegłam co sił w nogach na platformę. Wyobrażałam sobie, jak rzucam się na maskę autokaru błagając , żeby kierowca zaczekał na Ayltona, który płacił jeszcze taksówkarzowi i zbierał wszystkie nasze rzeczy. Nie wiem, jakbym miała to powiedzieć po portugalsku, ale w mojej wyobraźni wyglądałam dość przekonująco.
Naszego autokaru nie zastałam, więc zaczęłam atakować kierowców innych autobusów i pokazywać nasze bilety. Jeden z nich wykazał się większą komunikatywnością (a może i odwagą, bo wyglądałam na szaleńca) i powiedział, że autobus na lotnisko jest opóźniony. Nie wiele brakowało, a rzuciłabym mu się ze szczęścia na szyję, jednak w ostatniej chwili zdołałam opanować emocje.
Autokar spóźnił się 50 minut. Po ponad 2 godzinach dojechaliśmy do lotniska, odprawa, cyrki z rozrusznikiem i 7 godzin lotu do Madrytu. Tym razem nie bylo juz tak przyjemnie, turbulencje w znaczny sposób zakłócały moją równowagę. Nie obeszło się bez zdrowasiek i łez - mimo, że był to już enty lot w moim życiu, nadal jestem prawdziwą królową dramatu.
W Madrycie musieliśmy czekać 5 godzin na kolejny lot, tym razem do Berlina. Zaliczyliśmy lotniskowego Maca i półgodzinną przejażdżkę szybką koleją do sąsiedniego terminalu (lotnisko w Madrycie jest potężne ).
Po około 3 godzinach dotarliśmy do Berlina. I tu zaczęły się problemy. Dochodziła północ, a autobus do Krakowa odjeżdżał dopiero o 6,50 rano. "Urocza Helga" w informacji oznajmiła, że skoro nie mamy biletu na kolejny lot, do 12 musimy opuścić lotnisko. Na pytanie, czy w okolicach dworca znajdują się jakieś całodobowe knajpy, powiedziała, że mnóstwo, tylko musimy uważać, żeby nas nie okradli.
Dziewczynę, która była w podobnej sytuacji odesłała do mnie, gdyż nie była w stanie wytłumaczyć po angielsku, dlaczego na międzynarodowym lotnisku w stolicy Niemiec nie można poczekać w nocy na autobus.
Okazało się, że ona także jest z Polski, i też w drodze z Sao Paulo. W trójkę postanowiliśmy pojechać na dworzec i tam przeczekać noc w jednej z restauracji. Autobus, potem U-Bahn i jeszcze S-Bahn, i gdy już wyszliśmy z podziemia zobaczyliśmy miasto pogrążone w ciszy. Na ulicy ani psa, ani kota. W piątek, w stolicy Niemiec. Dopiero, gdy dotarliśmy do dworca zobaczyliśmy kilku podejrzanie wyglądających typów, którzy patrzyli na nas z byka. Postanowiliśmy jednogłośnie udać się do "jednej z restauracji" w okolicy. MacDonald przywitał nas kłódką na drzwiach, gdy zapytałam ochroniarzy, gdzie możemy coś zjeść lub wypić, uśmiechnęli się szeroko i powiedzieli, że 500m dalej jest bar z kebabami, oprócz tego nic. Bar wydawał się całkiem ok, oprócz tego, że nie było kebabów. Na dodatek o 2 w nocy zostaliśmy uprzejmie wyproszeni, bo lokal był zamykany. Na dworze 0 stopni i wiatr, ja mimo, że ubrana na cebulkę - top, bluza i kurtka jeansowa, po 5 minutach zaczęłam dosłownie dygotać z zimna. Wróciliśmy na dworzec. Na przywitanie - skanowania ciała i dobytku oczyma dość brudnych i nie do końca przyjemnie wyglądających kolesi. Gdy jeden z nich położył się na ławce, z prędkością światła przybili ochroniarze i przywrócili go do pionu. Wtedy zrozumieliśmy, że przed nami ciężkie 5 godzin. Nie dość, że wewnątrz temperatura była może o 2 stopnie wyższa niż na dworze (czyli wynosiła 2 stopnie), gapili się na nas dziwni goście, toaleta śmierdziała z daleka, to jeszcze nie można się było położyć na tych okropnych plastikowych krzesłach. Przypomnę, że znajdowaliśmy się na głównym dworcu autobusowym w stolicy Niemiec, jednym z największych, obok Francji, mocarstw Unii Europejskiej. Czyżby pani Angela o czymś zapomniała?
Gadaliśmy o "byle pierdołach", próbując bez zasypiania przeżyć jakoś te kilka godzin.
O godzinie 5 rano otwarto bar na dworcu. Sztywna z zimna i półprzytomna ruszyłam po herbatę. Po 5 minutach była już chłodna. O 5.15 usiadłam na w miarę ciepłym kaloryferze przy oknie. O 5.30 jakiś wredny bachor (który w normalnych okolicznościach byłby "słodkim chłopczykiem") odkrył, że drzwi otwierają się, gdy ktoś się do nich zbliża, więc biegał tam z powrotem, aż kompletnie wywietrzył i tak już zimne pomieszczenie. O 6 wparzyła grupa krzykliwych Hiszpanek. Każda z czerwoną szminką, cebulką na głowie, w mini. Biegały w kółko, kręcąc pupami, krzecząc i szukając gniazdka, żeby doładować swojego IPhona. O 6.40 pojawił się polski bus. Przez godzinę nie mogłam opanować mojego zmęczonego i wymarzniętego ciała. Ale gdy już zasnęłam obudziłam się dopiero po 6 godzinach. 3 godziny później, po - bagatela! 43 godzinach, czyli prawie dwóch dobach podróży trzema samolotami, czterema autobusami, dwoma rodzajami metro i taxi, dotarliśmy do domu. Głodni, wymęczeni i przemarznięci. Jednak cena biletu musiała jakoś odbić się na komforcie. Równowaga w przyrodzie została zachowana. Czy było warto? Oczywiście! A jak to mówi mama Ani: "przygody muszą być" ;)
**********************************
Podczas tej podróży odkryłam dwie rzeczy, które na zawsze odmieniły moje życie. Pierwsza to mięso. Nie jakieś tam nafaszerowane antybiotykami i sterydami kurczaki, czy opływająca tłuszczem wieprzowina. Prawdziwe mięso: wołowina. W wersji z grilla - genialnie soczysta, z cytryną, pachnąca drewnem, chrupiąca. W wersji domowej - z patelni, w towarzystwie ryżu, sałaty i pomidorów, i obowiązkowej fasoli w sosie. Przewracałam oczami, gdy Brazylijczycy czy Argentyńczycy narzekali na mięso w Europie. Ale tak na prawdę żyłam 28 lat zupełnie nieświadoma, jak smakuje mięso.
Druga rzecz - i jak na prawdziwego obżarciucha przystało znowu jedzenie - Açai. Właściwie jest to owoc, kulki przypominające kolorem i kształtem jagody. Przeważnie podaje sie je zamrożone i zmiksowane, jak lody, z truskawkami, bananami i granola,i ewentualnie mlekiem kondensowanym. Bez tego ostatniego - są bardzo zdrowe. I niesamowicie pyszne, mmm mm. ...
Poza tym kuchnia brazylijska (mnie) nie zachwyca. Wszystko jest ciężkie, wysoko kaloryczne, tak jakby w upale ludzie potrzebowali więcej energii. Może kiedyś, gdy ciężko pracowali fizycznie - owszem- teraz większość z nich na pewno nie potrzebuje tych węglowodanów i tłuszczu. Składnikiem większości dań jest mięso, fasola i zarówno ryż, jak i frytki - nie , jak u nas "albo albo". Przekąski smażone są w głębokim tłuszczu, je się mnóstwo pieczywa i mąki. A fasolę i mięso posypuje się często grubiej mieloną mąka lub farafą, przez co danie ma jeszcze więcej kalorii. Trzy tygodnie dłużej i mogłabym zostać zawodnikiem sumo.
Brazylijczycy szczycą się też swoją pizza. Szczerze? Smaczna, ale nie ma się czym chwalić. Na pizzy jest tyle różnych dziwnych składników, że nie wiadomo jak smakuje ciasto: fasola, mortadella, kurczak, szynka, pieczarki, ananas, kukurydza, por, jajka, wołowina, różne ryby i owoce morza a nawet pień palmy. Nijak się to ma do prawdziwej pizzy z Neapolu: cienkiej, chrupiące na brzegach i elastycznej w środku, z dużą ilością sosu pomidorowego (na spodzie, nie jak u nas- w plastikowym kubeczku ), mozzarellą i bazylią, która zniewala smakiem i zachwyca prostotą. W dodatku pizza w Santos czy Rio kosztuje między 50 a 120 reali (75-180zl), podczas gdy niebiańska margherita w Neapolu - 4 euro...
Brazylia jest krajem drogim: najtańszy obiad w restauracji to koszt 30 zł. Jednak znalezienie takiej restauracji to nie lada sztuka. Przeważnie cena jednego dania to 40 reali , 60 zł. Bilet autobusowy kosztuje 5-6zl, w zależności od stanu. Transfer z/do lotniska to cena około 30-50 zł, w jedna stronę. Przekąska na ulicy 5-10 zł, woda 0,5l 3-4 zl. Na wyspach ceny są nawet dwa razy wyższe niż w miastach. Na szczęście noclegi można znaleźć za wczasu w internecie, ok 70-90zl od osoby, w hostelach lub prywatnych pokojach. Ceny w hotelach? Wole nie wiedzieć. Oczywiście można sobie gotować, nam też się zdarzyło, można też spać za darmo, na couchsurfingu, jak miałam to kiedyś w zwyczaju, ale osobiście ostatnio cenię sobie niezależność i święty spokój. I lubię łazić po knajpach.
Brazylia to kraj kontrastów. Ludzie są bardzo biedni albo bardzo bogaci. Bardzo zrelaksowani albo bardzo zestresowani. Tak jak sobie wyobraża większość Europejczyków ludzie tańczą tu sambe, grają w piłkę nożną na plaży, surfują i uśmiechają się. Większość z nich jednak nie ma takiego sielskiego życia. Cierpią biedę, głód, nie mają skrupułów, żeby kraść, handlować narkotykami, zastraszać, krzywdzić. Jeden ze znajomych został napadnięty dwukrotnie. Za pierwszym razem stracił iPhone 'a. Za drugim - nie mial przy sobie nic wartościowego, wiec obawiając się o swój los, zaproponował złodziejowi swoje... japonki! W obydwu przypadkach przyłożono mu broń do skroni. Powiedział mi, że nie był jakoś bardzo zły. Było mu żal tych młodych ludzi, którzy nigdy nie mieli i nie mają szansy na życie, które jemu zapewnili bogaci rodzice.
Jednego dnia odwiedziliśmy pewnego młodego reprezentanta klasy wyższej w jego nowym mieszkaniu, które w wieku 25 lat dostał od rodziców (serio???): centrum miasta, 3 pokoje , 3 łazienki, portier, siłownia, pokój gier, basen i sauna. Nie pytałam po co komu przy tak wysokich temperaturach sauna. Ale ilość łazienek i drzwi wejściowych nie mogły pozostać pod znakiem zapytania. Otóż jedna łazienka, jak się okazało, jest dla służącej, "żeby nie korzystała z tej samej łazienki co my". Natomiast drugie drzwi wejściowe, prowadzące prosto do kuchni to drzwi dla "serwisu". Widząc moją minę, od razu wyjaśnił: "żeby pan od pizzy nie pokazywał się gościom w salonie, czy też żeby służąca nie przechodziła przez salon..." oczywiste, prawda? Jak mogłam na to nie wpaść...
Dodam, że służąca czy drzwi dla serwisu to coś zupełnie normalnego w Brazylii. Tu nie ma klasy średniej - albo ma się służącą, albo się nią po prostu jest.
Gdy weszliśmy na dach wieżowca, na basen, nie słyszałam już, co mówi nasz kolega, bo moim oczom ukazały się fawele. Nie ma to jak pływać w basenie z drinkiem w ręku i patrzeć na slumsy, przypominające o tym, że jednak nam się w życiu poszczęściło.
Sumienie by mi nie pozwoliło.
Brazylijczycy, szczególnie w tych dużych miastach prowadzą moim zdaniem bardzo konsumocjonistyczny tryb życia. Nawet w walących się fawelach widać anteny satelitarne, wielkie telewizory i samochody. Każdy marzy o podróży do Stanów, Wielkiej Brytanii i Australii, które to w widoczny sposób wpływają na kulturę Brazylii. Wieczorami w miastach roi się od ludzi wyjetych wprost z teledysków amerykańskich raperów. Odniosłam wrażenie że każdy, bez względu na status społeczny, stara się wyglądać sexownie, jakby to ciało i to, co na nie zakładamy miało świadczyć o naszej wartości. Przeciętna Brazylijka ma długie włosy, make up, dużą pupę i obcisłe, skąpe ubranie, lub - na plaży - brazylijskie bikini, ze stringami. Brazylijczyk - kaloryfer, którym zdobywa panie. Oczywiście, nie każdy jest chodzącym stereotypem, jednak tam wszystko wydawało mi się takie przesadzone. Kult ciała i seksualności człowieka. Zwyczaje tak bardzo różne od tych, których doświadczyłam w konserwatywnej, religijnej Indonezji, gdzie już same kobiece włosy są zbyt kuszące dla poboznego Muzułmanina. Nie chcę oczywiście oceniać, która z tych dwóch kultur ma lepszy stosunek do ludzkiej seksualności. Osobiście nigdy nie chodziłam z chustą na głowie i zamiaru takiego nie mam, ale nie lubię też być traktowana jak obiekt seksualny. Zresztą: "najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Dobrze widzi się tylko sercem. " I tyle na temat.
Co mnie zachwyciło? przede wszystkim różnorodność tego kraju. I muzyka. Nie byłabym sobą, gdybym o niej nie wspomniała :) Samba, bossanova, dźwięki afrykańskie. ...
Brazylia jest jak Europa, gdzie każdy kraj i ludzie są inni. Duże miasta, wsie, centra businesowe i drapacze chmur, fawele rozciągające się kilometrami na wzgórzach, porty, dużo zieleni, wyspy, góry, ocean, dżungla, wodospady, dzikie zwierzęta, Amazonia. Jest po prostu wszystko. Różne kultury i religie żyjące w harmonii. Ludność pochodzenia europejskiego, afrykańskiego czy azjatyckiego. Transwestyci, transseksualisci, transkultura. Żadnych moherowych beretów, islamskich bojówek. Żadnych wojen o to, "czyj Bóg" jest "właściwy". Brazylijczycy to uśmiechnięci i sympatyczni ludzie, którzy nie oceniają ludzi pod względem ich koloru skóry, pochodzenia, wyznania czy preferencji seksualnych. Wręcz przeciwnie- mają to GDZIEŚ.
Takiej tolerancji religijnej i kulturowej, i różnorodności nie spotkałam jeszcze nigdy przedtem. Nikt nikogo nie obgaduje, nikt się za nikim nie ogląda krytycznym wzrokiem, nikt nie ocenia. Cudownie :)
Jednak, co ja tam wiem o Brazylii po kilku tygodniach podróży po zaledwie kropli w morzu tego, co ten kraj ma do zaoferowania?
Mam jedną zasadę - nie wracam, dlatego, że świat jest zbyt duży a życie zbyt krótkie. Jednak na "Brazylię cz.2" mam już mniej więcej zakreslony plan. .. Tego potencjału nie można traktować tak po macoszemu.... ;)
Dodam, że służąca czy drzwi dla serwisu to coś zupełnie normalnego w Brazylii. Tu nie ma klasy średniej - albo ma się służącą, albo się nią po prostu jest.
Gdy weszliśmy na dach wieżowca, na basen, nie słyszałam już, co mówi nasz kolega, bo moim oczom ukazały się fawele. Nie ma to jak pływać w basenie z drinkiem w ręku i patrzeć na slumsy, przypominające o tym, że jednak nam się w życiu poszczęściło.
Sumienie by mi nie pozwoliło.
Brazylijczycy, szczególnie w tych dużych miastach prowadzą moim zdaniem bardzo konsumocjonistyczny tryb życia. Nawet w walących się fawelach widać anteny satelitarne, wielkie telewizory i samochody. Każdy marzy o podróży do Stanów, Wielkiej Brytanii i Australii, które to w widoczny sposób wpływają na kulturę Brazylii. Wieczorami w miastach roi się od ludzi wyjetych wprost z teledysków amerykańskich raperów. Odniosłam wrażenie że każdy, bez względu na status społeczny, stara się wyglądać sexownie, jakby to ciało i to, co na nie zakładamy miało świadczyć o naszej wartości. Przeciętna Brazylijka ma długie włosy, make up, dużą pupę i obcisłe, skąpe ubranie, lub - na plaży - brazylijskie bikini, ze stringami. Brazylijczyk - kaloryfer, którym zdobywa panie. Oczywiście, nie każdy jest chodzącym stereotypem, jednak tam wszystko wydawało mi się takie przesadzone. Kult ciała i seksualności człowieka. Zwyczaje tak bardzo różne od tych, których doświadczyłam w konserwatywnej, religijnej Indonezji, gdzie już same kobiece włosy są zbyt kuszące dla poboznego Muzułmanina. Nie chcę oczywiście oceniać, która z tych dwóch kultur ma lepszy stosunek do ludzkiej seksualności. Osobiście nigdy nie chodziłam z chustą na głowie i zamiaru takiego nie mam, ale nie lubię też być traktowana jak obiekt seksualny. Zresztą: "najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Dobrze widzi się tylko sercem. " I tyle na temat.
Co mnie zachwyciło? przede wszystkim różnorodność tego kraju. I muzyka. Nie byłabym sobą, gdybym o niej nie wspomniała :) Samba, bossanova, dźwięki afrykańskie. ...
Brazylia jest jak Europa, gdzie każdy kraj i ludzie są inni. Duże miasta, wsie, centra businesowe i drapacze chmur, fawele rozciągające się kilometrami na wzgórzach, porty, dużo zieleni, wyspy, góry, ocean, dżungla, wodospady, dzikie zwierzęta, Amazonia. Jest po prostu wszystko. Różne kultury i religie żyjące w harmonii. Ludność pochodzenia europejskiego, afrykańskiego czy azjatyckiego. Transwestyci, transseksualisci, transkultura. Żadnych moherowych beretów, islamskich bojówek. Żadnych wojen o to, "czyj Bóg" jest "właściwy". Brazylijczycy to uśmiechnięci i sympatyczni ludzie, którzy nie oceniają ludzi pod względem ich koloru skóry, pochodzenia, wyznania czy preferencji seksualnych. Wręcz przeciwnie- mają to GDZIEŚ.
Takiej tolerancji religijnej i kulturowej, i różnorodności nie spotkałam jeszcze nigdy przedtem. Nikt nikogo nie obgaduje, nikt się za nikim nie ogląda krytycznym wzrokiem, nikt nie ocenia. Cudownie :)
Jednak, co ja tam wiem o Brazylii po kilku tygodniach podróży po zaledwie kropli w morzu tego, co ten kraj ma do zaoferowania?
Mam jedną zasadę - nie wracam, dlatego, że świat jest zbyt duży a życie zbyt krótkie. Jednak na "Brazylię cz.2" mam już mniej więcej zakreslony plan. .. Tego potencjału nie można traktować tak po macoszemu.... ;)






Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia