Pierwszy dzień w szkole.... (wdech-wydech)

09.01.2012

Po miesiącu obijania się przy dźwiękach muzyki, włóczenia po mieście i szalenia na Bali, „nadejszła wiekopomna chwila”: zaczynam pracę w SAIMS, Sekolah Alam Insan Mulia Surabaya, na pełny etat. Jeszcze będąc na Bali miałam nadzieję, że będę uczyć te wszystkie słodziaki z przedszkola i podstawówki, jednak moje nadzieje okazały się złudne: automatycznie „awansowałam” na nauczyciela w szkole średniej – Junior i Senior Highschool. Dostaję po 5 godzin lekcyjnych z klasą 7a i b, 8, 9, 10 i 12. Nie tego się spodziewałam, myślałam, że będę się zupełnie lajtowo bawić z maluchami i uczyć ich prostych słówek z książek dla dzieci, a w międzyczasie zwiedzę pół Azji. Zapowiada się, że jednak będę musiała ciężko pracować na chleb (a raczej na ryż;). No cóż, „bunkrów nie ma, ale też jest z…”

Dzień przed rozpoczęciem pracy upominam się po raz setny o obiecany konspekt nauczania albo chociaż zwykły spis przerobionego dotychczas materiału. Nie wiem, na jakim poziomie są dzieciaki w tutejszej szkole średniej, nie mam pojęcia, jaki materiał już przerobiły a czego ich uczyć i nie wiem…. czy mnie polubią. Boję się też, że MÓJ angielski jest niewystarczający, że dam plamę, że zostanę wyśmiana.

Czuję się jak przed egzaminem w sesji na studiach. A może raczej jak przed obroną? Różnica polega na tym, że ja jestem sama, nieprzygotowana, a egzaminatorzy są bardzo młodzi, szczerzy i bezpośredni, i w liczbie około dwudziestu. Gdy pytam poprzednią nauczycielkę, czego mam uczyć, słyszę „nic się nie bój, po prostu przerób materiał z podręcznika”.

Konspektu nadal nie ma. I jak się okazuje – nie będzie. Nie ma też książek. Czuję, że dostaję powoli gorączki, moje ciało płonie (a przynajmniej tak mi się wydaje), ze strachu. O śnie nie ma mowy. Cały dzień przygotowuję test z czasów, żeby sprawdzić poziom moich uczniów. Bo co innego mogę zrobić?

Pierwszy dzień w szkole. W nocy nie zmrużyłam oka, ale stres daje niesamowitego Powera i zupełnie niweluje zmęczenie. Pan Cahyo, nauczyciel angielskiego, wprowadza mnie do klasy, pokazuje moje biurko i przedstawia mnie uczniom, po czym, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu wychodzi, zostawiając mnie sam na sam z bestiami z klasy 7a. Czuję ich wzrok skanujący mnie od stóp po głowę i z powrotem. Zastanawiam się, czy jestem odpowiednio ubrana, czy moja koszula nie jest przypadkiem pognieciona, czy guziki są dobrze zapięte, a moja buzia się nie świeci, i czy moje włosy są uporządkowane. Aua, zaraz mnie pożrą….

Głęboki wdech i wydech.

Proszę dzieciaki, żeby usiadły ze mną na podłodze i przestawiam się. Proszę ich o to samo. W ich oczach widzę zmieszanie i zdziwienie, połączone ze strachem i ciekawością. Hmmm, więc TO JA jestem bestią.

Ich poziom jest znacznie niższy niż się tego spodziewałam. Test z czasów na 100% oblany. Gdy zaczynam tłumaczyć im poszczególne czasy okazuje się, że większość nie wie, co oznacza TO BE. Cisza. Gdy po sprawdzeniu w słowniku indonezyjsko-angielskim tłumaczę im, że jest to czasownik oznaczający BYĆ większość i tak nie jest w stanie go odmienić przez osoby. Znowu cisza wypełniona unoszącą się w powietrzu konsternacją. Piekło….

Dopiero spotkanie z klasą 9 poprawia nieco mój nastrój. Dwudziestu uśmiechniętych, uroczych chłopaków, w wieku około 17 lat, z dłuższymi włosami w stylu beetelsów i w rockowych koszulkach, plus dwie dziewczyny, siedzące cicho w kącie. Gdy tylko się przedstawiam, chłopaki zalewają mnie falą pytań: skąd się tu wzięłam, czy mam chłopaka, w jakich krajach już byłam, jakiej słucham muzyki. Na koniec mówią mi, że jestem bardzo ładna i pytają, czy mogą pograć mi trochę na gitarze. Oczywiście, bez zastanowienia się zgadzam. Okazuje się, że większość z nich gra lub śpiewa w jakimś rockowym bandzie, a nawet jeśli nie, to i tak potrafią śpiewać, lub grać na gitarze, perkusji czy klawiszach. Po miesiącu spędzonym w Indonezji wcale mnie to już nie dziwi. Zaczyna mi się podobać.... !!!J


Komentarze

Popularne posty