ZACZYNAMY ODLICZANIE...
31.12.2011
Śniadanie/obiad jadamy, jak większość mieszkających tu na dłuższy czas bule, na tzw. Night Market, oddalonym kilka minut drogi od hotelu. W pierwszej budce, w tej której zostawił mnie kiedyś Freddy, dostaję za 6 000 Rupii (jakieś 2 zł) świeży sok z dowolnie wybranych owoców (moja ulubiona mieszanka to pomarańcza z mango, i truskawka z pomarańczą), a do tego duży talerz różnych owoców, za tyle samo. YUMMI! Już wiem, czego mi będzie najbardziej brakowało po powrocie do Surabaya. Obiad/kolacje jem w muzułmańskim barze naprzeciwko –zazwyczaj ryż lub makaron z warzywami i kurczakiem, za jakieś 10-15 000 Rupii.
Po południu umawiam się z Agungiem w oddalonym (podobno) 15 minut od hotelu Warung Ocha, skąd, zaraz po kolacji mamy razem jechać do Paula. Z okazji Sylwestra większość dróg w Kucie jest pozamykanych, do tego dochodzą liczne uliczki jednokierunkowe, potężny ruch i banda pijanych kierowców, i z planowanych 15 minut robi się 1,5 godziny… Gdy dojeżdżam wreszcie, głodna i wkurzona, z obolałym tyłkiem, na miejsce, okazuję się, że Agunga nadal nie ma, a restaurację zamykają za 20 minut. Ja i mój Good Luck. Zamiast Agunga ostatecznie przyjeżdża Viqi ( ??) i jedziemy razem na jakiś nocny market, gdzie zamawiamY Nasi Goreng z Ayam. Zamiast smażonego ryżu z kurczakiem, dostaję ryż z jajkiem, ale już mi wszystko jedno. Po drodze tankuję moją „maszynę” w jednej z lokalnych „stacji benzynowych”. Benzynę sprzedaje się tu na butelki litrowe (przeważnie po wódce Absolut – ???). Cena dość „zawyżona”, bo jakieś 5000 Rupii (czyli 1,80zł), przy czym na stacji litr paliwa kosztuje ok. 4500… (prawda, że to raj???) ;)
Wreszcie spotykamy się z Agungiem i razem jedziemy do Paula: 3h spóźnienia, czyli w granicach indonezyjskiej tolerancji czasu J Paul mieszka w okolicach balinejskiego więzienia w dość luksusowym apartamencie. Oprócz Agunga, Viqiego, Grega i dwóch Francuzek, są tu jeszcze 2 dziewczyny i 3 chłopaków z Jawy. Jedna z dziewczyn ma na sobie golf z długim rękawem i bluzkę, a do tego chusta na głowie. Jak przystało na prawdziwego Francuza, ze swoimi zaczesanymi na bok blond włosami, skórzanymi mokasynami, eleganckiej koszuli i beżowych spodniach Paul znacznie wyróżnia się w naszej grupie… ;)
Bawimy się tak dobrze, że nawet nie zauważamy, że dobiega już północ. Ostatecznie szampana pijemy, nie jak to wcześniej planowaliśmy, na plaży, ale.. na schodach przed domem Paula J. „Bunkrów nie ma, ale też jest za…”
Impreza przenosi się na piękną plażę w oddalonej 20 minut drogi od Kuty miejscowości Seminang. Piękna knajpa z bambusu w iście tropikalnym stylu, nad samym oceanem. Gdy docieramy na miejsce właśnie kończy się reanimacja jednego z pijanych turystów – mogę się założyć, że Australijczyka (to najbardziej znienawidzony przez Indonezyjczyków naród, wg opisu tubylców i własnych obserwacji to banda bogatych, aroganckich, głupich i niekulturalnych chamów…).
Po 5 minutach nikt oprócz mnie (i ratowników) nie wydaje się pamiętać o tragedii. Każdy pogrążony w transie alkoholowym (a może nawet pod wpływem ogólnie dostępnych grzybków halucynogennych) buja się w rytm muzyki. Ale mimo wszystko zabawa jest przednia. Mnóstwo turystów z całego świata, jak również tych nieco bogatszych tubylców, pobudzająca do tańca muzyka, dobre balinejskie piwo, gwiazdy na niebie i… cudowny widok na ocean. Zmęczona tańcem wychodzę na plażę odetchnąć świeżą bryzą i… skontrolować, czy nikt się nie topi! Po zrewitalizowaniu sił i zaspokojeniu moich obaw mogę znowu wracać na parkiet. I tak do 6 rana… ;) Podczas gdy słońce cudownie wschodzi nad oceanem, ludzie, ukrywając podkrążone (a może nawet podbite) oczy, rozmazane makijaże, potargane i brudne ubrania, a czasem zawstydzone twarze, uciekają do domu. Po wschodzie słońca zaczynają się ogólne poszukiwania: znajomych, hoteli, motocykli, butów, torebek, portfeli, …



Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia