25 lat minęło jak jeden dzień...
03.02.1012
Urodziny. Ćwierć wieku za mną. Czy przeżyłam je tak jak tego chciałam? Czy spełniam swoje marzenia? Czy czegoś żałuję?....
Minęło 25 lat. Za 20 lat bardziej będę żałować tego czego nie zrobiłam, niż tego, co już zrobiłam.
Nie, nie spełniłam swoich marzeń. Jest ich zbyt wiele jak na marne 25 lat ;) A bez marzeń życie nie miało by przecież sensu. I nie, niczego nie żałuję. Jestem szczęśliwym człowiekiem, może nie idealnym, może nie takim, jakbym sobie tego życzyła, ale szczęśliwym.... J
Ale nie czas na rozważania. Wczoraj wieczorem znajomi (m.in. Andes, Goda z Litwy, Matthias z Niemiec i Novi) razem z kilkoma nauczycielami wparzyli z tortem do szkoły śpiewając gromkie sto lat. Ray i Upe przytaszczyli gitary i bębny, i tak przy śpiewach i jedzeniu przesiedzieliśmy w holu szkoły do samej nocy.
Ale... urodziny nie urodziny: pobudka o 6.30. Po sześciu pięciominutowych drzemkach czas na szybki prysznic (tzn. mandi), zebranie materiałów i komputera, i biegiem do szkoły. Na szczęście dojście do szkoły zajmuje zaledwie minutę (pod warunkiem, że nie przechodzę przez podstawówkę i nie zatrzymuję się z każdym dzieciakiem, który wita mnie gorącym uśmiechem i uściskiem dłoni, i tradycyjnym przyłożeniem dłoni nauczyciela do swojego czoła lub ust – wtedy może to trwać nawet godzinę;).
Godzina 7.30 – oprócz mnie w sali nie ma żywego ducha. Zdaje się, że muszę znaleźć i zaciągnąć swoich uczniów do klasy. Tasia i Tania spóźniają się pół godziny, co jak na 45-minutową lekcję jest dość sporym utrudnieniem w nauczaniu…. Ostatecznie lekcję spędzamy na podłodze w bibliotece gadając o tzw dupie Maryny (nie wiem, czym sobie ta biedna Maryna zasłużyła?), ale grunt, że po angielsku.
W grupie ósmej jest tylko 4 uczniów: bystry i sympatyczny Hati, dwie bardzo dobrze zbudowane i na pierwszy rzut oka groźnie wyglądające, ale przemiłe bliźniaczki, Tania i Tasia, i uczeń specjalny, który na bieżąco dłubie w nosie i wyciska pryszcze – Angga (mimo tych swoich drobnych wad jest na prawdę inteligentny i przesympatyczny).
Godzina 8.15 – czas na grupę 7A.
Godzina 9.00: zaczynam poszukiwania. Biorąc pod uwagę że spałam tylko 5 godzin wstałam we własne urodziny o 6.30, a moi uczniowie mnie kompletnie olali, uznaję to za lekką przesadę. Właściwie: wpadam w panikę. Gdy ostatecznie udaje mi się ich znaleźć informuję ich, że fakt, iż Miss Kita zapomniała włączyć dzwonka, nie oznacza, że lekcja się nie zaczęła i, że są na tyle dorośli, że mogą sami kontrolować czas, i ostatnim tchnieniem mówię, że jestem zupełnie rozczarowana ich zachowaniem i brakiem szacunku…. Takiej ciszy na mojej lekcji jeszcze nie było. I nigdy jeszcze nie widziałam takiego szoku i współczucia na ich twarzach. Widocznie byłam bardzo przekonująca, albo naprawdę załamana….
Po lekcji wracam do pokoju. Mam dość. Całe szczęście, że mam trzy godziny przerwy, mogę zebrać energię i uwolnić z siebie trochę zdenerwowania. Dlaczego akurat dzisiaj wszyscy moi uczniowie uparli się, że będą wredni i okrutni? Eh…. Nie to, żebym jakoś specjalnie przeżywała swoje urodziny, ale… tak, jest mi po prostu smutno.
Po lunchu wracam do pracy. Grupa 7B wyjątkowo o czasie. Zaczynam tłumaczyć, rozpisywać i rozrysowywać na tablicy idiomy. Po 2 minutach ktoś pyta, czy może ich do toalety. Zaraz za nim drugi uczeń zadaje to samo pytanie. A za nim kolejny. A ja dalej tłumaczę. I następny. Po 10 minutach orientuję się, że połowy uczniów nie ma w klasie, a kolejni zaczynają się po cichu wymykać. Jakaś epidemia? Zbiorowe zatrucie? Klasowa biegunka? Co za dzień!!!!
Gdy ostatnia piątka z 20 uczniów pyta, czy może iść do toalety, mam ochotę wysłać ich wszystkich do diabła. W akcie załamania mówię, że mogą robić, co chcą, że wszystko mi już jedno. Zostaję sama. Moje uczucia są trudne do opisania. Nie wiem, czy zacząć rzucać książkami czy rzucić się z okna. Ostatecznie kładę się na podłodze i próbuję pozbierać myśli…
Po chwili...... cała banda wpada do klasy i krzyczy „Happy Birthday Miss Agata!”
A to ci dopiero… Czuję się zszokowana, zakłopotana i zdezorientowana. Z każdej strony dzieciaki mnie tulą i składają życzenia, dostaję dwa lody rożki (jeden podobno dla mnie, a jeden dla Raya.. hmmm.. nie ma jak swatanie nauczycieli;), naszyjnik, zabawne koreańskie magnesiki i piękną laurkę. WOW, ale mi teraz głupio…. J))
Jako, że jest gorąco dzieciaki proponują, żebym odniosła lody do zamrażarki w kantynie. Gdy wracam – w klasie pusto. No tak, wykiwali mnie, ale ze mnie naiwna blondynka…
Dobrze jeszcze nie pozbierałam myśli, gdy….. kolejna fala wpada do klasy! Tym razem 7A razem z 7B wbiegają z hukiem, śpiewając sto lat i krzycząc, żebym się o nic nie martwiła. Na tablicy widzę napis „dziękujemy, że jesteś naszą nauczycielką i przyjacielem”. Dostaję naprawdę piękny czekoladowy tort i dwa pudła smażonego tempeh i tofu ze świeżym chilli. Nie wierzę własnym oczom… Trudno opisać moje uczucia…. J))) Ostatecznie zajęcia kończę o 18, wcinając z dzieciakami tort (oczywiście rękami; kto z nas nie marzył jako dziecko o jedzeniu czekoladowego tortu rękami??!;) , śpiewając i grając na gitarze….
Co za urodziny…. J))


P.s. na torcie jest napisane 52 :P
OdpowiedzUsuńjak bedziesz miala 52 to moze sie pomylą i napiszą 25....:) ja tez zycze Ci wszystkiego dobrego :* ps jak Ty ich odrozniasz ?:)
OdpowiedzUsuńkazda ma inne oczy, inne usta, inny nos.... inny głos i charakter
OdpowiedzUsuńale przede wszystkim po imieniu i chuscie na glowie hahahaha :)