Dwa miesiące w innym świecie...
No tak... dzisiaj mijają dwa miesiące od kiedy pierwszy raz zachłysnęłam się tym ciężkim tropikalnym powietrzem i o mało nie udusiłam się kosztując tradycyjnego sambalu z chilli. Dwa miesiące temu zastanawiałam się też jak przeżyję w tej wysokiej temperaturze ubrana w jeansy i koszule z długim rękawem. Ubolewałam też nad brakiem prysznica z ciepłą wodą i papieru toaletowego. Wtedy też zaczęłam kombinować nad uśmierceniem moich nieznośnych kurczaków wrzeszczących minimum 15h/dobę.
Jak wygląda moje życie dzisiaj?
Gdy próbuję odpowiedzieć na to pytanie do głowy przychodzi mi milion różnych myśli. Jakkolwiek nie opiszę mojego życia tutaj, na końcu świata, nie będzie to może brzmiało zachęcająco.
Otóż: pracuję na pełny etat, czasem zaczynam o 9 czasem o 7. Dodam, że o 5 rano w całej Indonezji, jak również w okolicznych meczetach a przede wszystkim w meczecie naprzeciwko mojego okna (w odległości około 5 metrów, tuż obok klatki z kurami i świnkami morskimi) zaczynają się modlitwy (czyt. Śpiewy, do mikrofonu), które powtarzają się regularnie 5 razy dziennie. Pracę kończę o 15 a czasem... o 18. Od 12 do 13.30 jest przerwa na główną modlitwę i lunch. Posiłki jadamy wspólnie; każdego, zarówno uczniów, jak i nauczycieli obowiązuje kolejka, co czasem skutkuje w nawet 20 minutowym oczekiwaniu na „dorwanie” wolnego talerza, na który z wielkiego wiadra ładuje się ryż i przygotowane na stole dodatki (codziennie inne: np. nudle, ryba-cała, z zębami, kawałki panierowanego kurczaka, tofu, tempeh, smażone warzywa, zupa z warzywami, mielone z kartofli, podsmażane liście czegośtam, krwistoczerwony sos z pomidorów, i – moje „ulubione”! – czarna zupa, wątróbka, szaszłyki z jelit i gotowane kurze łapki z pazurkami; a do tego standardowo sambal i na deser kawałek papaji). Po posiłku każdy myje swój talerz i wraca do szkoły. W szkole chodzi się zawsze na bosaka, bez względu na to, czy jest to sala lekcyjna, czy aula, biblioteka, pokój nauczycielski, sala gimnastyczna, czy toaleta.
Po zajęciach przesiaduję z uczniami i z Rayem w sali muzycznej albo zostaję jeszcze w klasie i przygotowuję się do kolejnych zajęć, bo przecież nie dostałam żadnego konspektu, ani żadnych materiałów. To, co robię z moimi uczniami, to wyłącznie "moja sprawa" i nikt, w żaden sposób tego nie kontroluje. Ale "chodzą słuchy po wsi", że jestem ich ulubioną nauczycielką, więc chyba moja improwizacja w jakiś sposób się sprawdza… ;)
Przyzwyczaiłam się już do życia w sąsiedztwie z kurczakami, rybami, świnkami morskich, żabami, kotami, jak również do dzielenia mojego skromnego pokoju z jaszczurkami, pająkami i ogromną ilością mrówek i komarów.
Nawet codzienne ulewy, które często zamieniają się w powodzie w moim pokoju nie są już wielkim problemem.... ;)
Długie spodnie i koszule z długim rękawem też nie stanowią większego problemu pod warunkiem że biorę MANDI 3 razy dziennie ;)
Ostatnio brat zapytał mnie, czego mi tu brakuje.
Otóż: przede wszystkim brakuje mi pewnych ludzi - rodziny i przyjaciół. Żałuję, że nie mogę na bieżąco śledzić rozwoju mojego ukochanego bratanka, że nie mogę go przytulić, powozić w wózku i oglądać jego uroczego uśmiechu. Brakuje mi mojej kochanej chrześniaczki Julki i jej zabójczych pytań i tekstów. Tęsknię za nocnymi spacerami z Anią i Juniorkiem, za niedzielnym leżakowaniem na kanapie przed telewizorem z rodzicami, i wcinaniem słodyczy. Brakuje mi Martina i jego "za 15 minut na placu", i spontanicznych wypadów "na piwko" z przyjaciółmi...
Brakuje mi też pichcenia w kuchni, jedzenia tego, na co mam ochotę (i co sobie ugotuję), a przede wszystkim mleka i płatków na śniadanie (tutaj towary mleczne są produktami wręcz luksusowymi) i pysznego chrupiącego chleba z piekarni, którego tutaj nie znajdę nawet w najbardziej luksusowej restauracji. Brakuje mi zwykłych warzyw i owoców; zwyczajnych kartofli z marchewką, kalafiorem i jajkiem czy tak typowej w moim domu potrawy jak kapusta z kartoflami i karminadle.
Czasem mam ochotę wskoczyć do wanny z ciepłą wodą i przesiedzieć w bąbelkach dwie godziny, nie myśląc zupełnie o niczym. Mam ochotę zjeść pizzę własnej roboty i napić się lampki wina, nie czując się przy tym jak zbrodniarz. Mam ochotę wyciągnąć z kosza nuty i pograć na pianinie mojego ukochanego Chopina...
Najgorszym utrapieniem ze strony Indonezyjczyków, do którego chyba nigdy się nie przyzwyczaję, jest:
* plotkowanie (informacje o mnie samej, przeważnie błędne, często docierają do mnie z najdalszych zakątków Surabaya, od osób mi zupełnie nie znanych, znajomych znajomych moich znajomych….);
* zadawanie mnóstwa pytań, na które wcale nie mam ochoty odpowiadać („Jesteś mężatką? Dlaczego nie? Masz chociaż narzeczonego? Rodzice Ci pozwalają podróżować? Jakiego jesteś wyznania?”);
* bezpośredniość („Twój rozmiar to L?, Ale Ty dużo ważysz!” – przy czym dodam, że jestem wyższa średnio o 10 cm od przeciętnych kobiet i mężczyzn w tym kraju….) oraz
* przesadne reagowanie na widok BULE (prośby o wspólne zdjęcia, okrzyki, typu: „oh, bule!”, wow!”, wytykanie palcami, zapytania o nr telefonu i facebooka itd…)
Więc co mnie tutaj tak na prawdę trzyma?
Otóż, trzyma mnie tutaj przede wszystkim pozytywne nastawienie do życia otaczających mnie ludzi. Nikt nie mówi o pieniądzach, nikt nie narzeka na niedostatek czy ciężką pracę. Każdy ma problemy, ale prawie nigdy o nich nie wspomina. Każdy jest gotowy do dzielenia się uśmiechem i tym, co tylko ma.
Muzyka towarzysząca mi tu na każdym kroku stała się nieodłącznym elementem mojego życia: śpiewające kurczaki, żaby i ptaki, utalentowani uczniowie grający i śpiewający na każdej przerwie, a czasem nawet, za moją zgodą, w trakcie lekcji; a do tego ciągłe próby, nagrania i jam sessions z Rayem i jego zespołem. To właśnie muzyka pochłania większość mojego czasu i powoduje, że mam problemy z porannym wstawaniem, to ona też dodaje mi energii do pracy i do codziennej walki z wysoką temperaturą.
Za żadne skarby nie zamieniłabym też upałów i duchoty oraz codziennych ulew na śnieg, mrozy i ciemności w Europie. Nie ma nic cudowniejszego niż rześkie powietrze i słońce po obfitym deszczuJ
Nie ma też nic bardziej orzeźwiającego niż wieczorna czy nocna jazda na motorze po mieście, gdy ruch uliczny choć na chwilę maleje i znacząco przyspiesza tempa. Uliczne „restauracje”, chodniki i parki pełne są ludzi odpoczywających przy szklance Ice Tea i papierosie, i cieszących się udanym dniem…
Mimo, że ryż i jego różne formy, spożywane tutaj zarówno na obiad, jak i na śniadanie i kolacje zaczyna wychodzić mi już powoli uszami, kuchnia indonezyjska w dalszym ciągu mnie zaskakuje i zachwyca. Połączenie słodkiego z ostrym, gorzkiego z kwaśnym… Orzeszki ziemne, imbir i cukier z mięsem czy warzywami; ser żółty z czekoladą; ryż z makaronem czy słodycze z ryżem i kurczakiem albo z ziemniakami to jedne z wielu kombinacji kuchni indonezyjskiej.
Niesamowitym doświadczeniem jest też jedzenie na podłodze z papieru i liścia bananowca. Doszłam do wniosku, że spożywanie posiłków rękami, a właściwie palcami powoduje, że do zmysłu smaku i węchu, które zwykle pozwalają nam cieszyć się jedzeniem, dochodzi jeszcze zmysł dotyku. To z kolei powoduje ryzyko bezwstydnego obżarstwa… ;)
Uwielbiam też chodzenie na bosaka i poczucie bycia częścią natury. Wreszcie rozumiem, co kręci w tym tak pana Cejrowskiego… J
I jak tu nie kochać Indonezji?....


Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia