3 lata później...
Minęło prawie trzy lata od mojej ostatniej aktywności na blogu. Tyle wydarzyło się w moim życiu... zarówno dobrego, jak i złego. Przybyło mi kilka zmarszczek, ściemniały mi włosy, i serca mam dwa.
Dlaczego tak długo nie pisałam? Chyba nie miałam odwagi pisać o tym, co się zdarzyło. Tyle razy słyszałam, ze zmotywowałam kogoś do podróży, ze zaraziłam moją miłością do zdobywania świata. Jednak nie wszystkie bajki mają swój Happy End, nie wszędzie pojawia się książę na białym rumaku, czy tez... ogier bagienny;)
Po kilku niesamowitych miesiącach w kraju Sambala, smażonego ryżu, i motorów napędzanych na klakson, po wielu wspaniałych podróżach wgłąb zaczarowanej Indonezji, moja przygoda zakończyła się dość.. gwałtownie.
Otóż, pewnego kwietniowego poranka wybrałam się z moim przyjacielem Upe, który jest W-F-istą, na wyjazd survivalowy w jawajskie góry. Było przepięknie - ośrodek turystyczny gdzieś na końcu świata, otoczony polami ryżowymi i rzekami.
Pierwszej nocy mieliśmy spotkanie z Hipnotyzerem. Takie rzeczy dotychczas widziałam tylko w filmach. Facet potrafił wmówić ludziom, ze nie potrafią liczyć albo że są matematycznymi geniuszami, i... testował ich wiedzę! Wmówił nawet dwóm Muzułmanom, że są homoseksualistami i pozwolił im wyznawać wzajemną miłość :)
Tego samego wieczoru mieliśmy okazję sprawdzić swoją odwagę przy tzw. Fire Walk: około 3-4 metrowy pas rozżarzonych węgli, podlewany od czasu do czasu benzyną, żeby ogień był wystarczająco wysoki i groźny; a na starcie i na mecie miski z wodą. I tyle.
Co miałam zrobić? Nic prostszego: powiedzieć 3 razy AKU BISA (potrafię), uwierzyć w to, wejść do wody, wyjść i przejść powolutku bp palącym się węglu.... Banalne, prawda? :)
Wypowiedzenie tych słów - no problem, jednak uwierzenie w nie i powolne przejście po węglu - wykraczało poza moje możliwości. Co zrobiłam? Weszłam do wody, spanikowałam, po czym przebiegłam po węglu i... poparzyłam sobie stopy.... Myślałam, że umrę z bólu! Dostałam kolejna "wspaniałą" wskazówkę: 'nie myśl o bólu, a zniknie'. (Taaaaak, oczywiście!...) po czym zaproponowano mi kolejne podejście..
Opatrzyłam stopy świeżym sokiem z aloe vera, i próbowałam wmawiać sobie przez pół godziny, że te pęcherze na moich stopach w ogóle nie bolą! I wiecie co? Jakoś nie działało... :/ Mimo wszystko postanowiłam spróbować raz jeszcze - w końcu i tak stopy miałam już poparzone!
Tym razem skupiłam się bardziej na moim zadaniu i powtarzałam w kółko aku bisa aku bisa aku bisa.... Krok za krokiem, stopa za stopą.... powoli.. przeszłam!!!! Bez bólu, bez poparzeń (oprócz, tych których się już dorobiłam;) Poczułam się jak w filmie since fiction! A co najdziwniejsze - postanowiłam olać piekące pęcherze... i na drugi dzień pozostały po nich tylko czerwone bezbolesne ślady!
W tym kraju wszystko jest jakieś... inne, magiczne i szalone! nawet ogień ;)
Po południu wybraliśmy się na rafting - spływ pontonami , na rwącej rzece. Niesamowita adrenalina, ponton podskakiwał, byliśmy cali mokrzy. Czułam się jak na roller casterze!
I wtedy to się stało... uderzyliśmy w potężną skałę, ponton się wywrócił do góry nogami, a my wpadliśmy do wody... Co było dalej? Pamiętam tylko, że ktoś do mnie mówił szarpiąc mnie za ramię. Okazało się, że prąd porwał mnie dość daleko, na tyle daleko, że zanim wyciągnięto mnie z wody, doszło już do niedotlenienia mózgu...
Po kilku tygodniach spędzonych w szpitalu. miedzy innymi na oddziale intensywnej terapii, powróciłam do domu z nowym nabytkiem... rozrusznikiem serca.
Moi rodzice i przyjaciele przeżyli ten czas chyba jeszcze intensywniej niż ja, za co należy im się order męstwa i wytrwałości! :) Oby moje dziecko nie odstawiało mi nigdy takich numerów....
Ale chyba nie myślicie, ze coś takiego zniechęciło mnie do dalszych podróży?? ;)
Dlaczego tak długo nie pisałam? Chyba nie miałam odwagi pisać o tym, co się zdarzyło. Tyle razy słyszałam, ze zmotywowałam kogoś do podróży, ze zaraziłam moją miłością do zdobywania świata. Jednak nie wszystkie bajki mają swój Happy End, nie wszędzie pojawia się książę na białym rumaku, czy tez... ogier bagienny;)
Po kilku niesamowitych miesiącach w kraju Sambala, smażonego ryżu, i motorów napędzanych na klakson, po wielu wspaniałych podróżach wgłąb zaczarowanej Indonezji, moja przygoda zakończyła się dość.. gwałtownie.
Otóż, pewnego kwietniowego poranka wybrałam się z moim przyjacielem Upe, który jest W-F-istą, na wyjazd survivalowy w jawajskie góry. Było przepięknie - ośrodek turystyczny gdzieś na końcu świata, otoczony polami ryżowymi i rzekami.
Pierwszej nocy mieliśmy spotkanie z Hipnotyzerem. Takie rzeczy dotychczas widziałam tylko w filmach. Facet potrafił wmówić ludziom, ze nie potrafią liczyć albo że są matematycznymi geniuszami, i... testował ich wiedzę! Wmówił nawet dwóm Muzułmanom, że są homoseksualistami i pozwolił im wyznawać wzajemną miłość :)
Tego samego wieczoru mieliśmy okazję sprawdzić swoją odwagę przy tzw. Fire Walk: około 3-4 metrowy pas rozżarzonych węgli, podlewany od czasu do czasu benzyną, żeby ogień był wystarczająco wysoki i groźny; a na starcie i na mecie miski z wodą. I tyle.
Co miałam zrobić? Nic prostszego: powiedzieć 3 razy AKU BISA (potrafię), uwierzyć w to, wejść do wody, wyjść i przejść powolutku bp palącym się węglu.... Banalne, prawda? :)
Wypowiedzenie tych słów - no problem, jednak uwierzenie w nie i powolne przejście po węglu - wykraczało poza moje możliwości. Co zrobiłam? Weszłam do wody, spanikowałam, po czym przebiegłam po węglu i... poparzyłam sobie stopy.... Myślałam, że umrę z bólu! Dostałam kolejna "wspaniałą" wskazówkę: 'nie myśl o bólu, a zniknie'. (Taaaaak, oczywiście!...) po czym zaproponowano mi kolejne podejście..
Opatrzyłam stopy świeżym sokiem z aloe vera, i próbowałam wmawiać sobie przez pół godziny, że te pęcherze na moich stopach w ogóle nie bolą! I wiecie co? Jakoś nie działało... :/ Mimo wszystko postanowiłam spróbować raz jeszcze - w końcu i tak stopy miałam już poparzone!
Tym razem skupiłam się bardziej na moim zadaniu i powtarzałam w kółko aku bisa aku bisa aku bisa.... Krok za krokiem, stopa za stopą.... powoli.. przeszłam!!!! Bez bólu, bez poparzeń (oprócz, tych których się już dorobiłam;) Poczułam się jak w filmie since fiction! A co najdziwniejsze - postanowiłam olać piekące pęcherze... i na drugi dzień pozostały po nich tylko czerwone bezbolesne ślady!
W tym kraju wszystko jest jakieś... inne, magiczne i szalone! nawet ogień ;)
Po południu wybraliśmy się na rafting - spływ pontonami , na rwącej rzece. Niesamowita adrenalina, ponton podskakiwał, byliśmy cali mokrzy. Czułam się jak na roller casterze!
I wtedy to się stało... uderzyliśmy w potężną skałę, ponton się wywrócił do góry nogami, a my wpadliśmy do wody... Co było dalej? Pamiętam tylko, że ktoś do mnie mówił szarpiąc mnie za ramię. Okazało się, że prąd porwał mnie dość daleko, na tyle daleko, że zanim wyciągnięto mnie z wody, doszło już do niedotlenienia mózgu...
Po kilku tygodniach spędzonych w szpitalu. miedzy innymi na oddziale intensywnej terapii, powróciłam do domu z nowym nabytkiem... rozrusznikiem serca.
Moi rodzice i przyjaciele przeżyli ten czas chyba jeszcze intensywniej niż ja, za co należy im się order męstwa i wytrwałości! :) Oby moje dziecko nie odstawiało mi nigdy takich numerów....
Ale chyba nie myślicie, ze coś takiego zniechęciło mnie do dalszych podróży?? ;)





Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia