Mój nowy postkomunistyczny paszport


 Planowałam nadrobić zaległości, i popisać trochę o Kanarach i słonecznej Italii, gdzie trafiłam "przypadkiem", na kilka miesięcy, nie długo po powrocie z Indonezji.

Muszę jednak zaburzyć nieco chronologię, bo otóż odebrałam dzisiaj mój nowy paszport!:)

No i jest jakiś dziwny.. wygląda jak ten należący do Gerarda Depardieu. A ja osobiście nie podzielam jego sympatii do naszego wschodniego sąsiada.


http://www.meritum.us/wp-content/uploads/2014/03/03.06.-rosyjski-paszport.jpg

Przypomniało mi się, jak wręcz walczyłam o wizę w ambasadzie rosyjskiej w Sztokholmie, gdzie wszyscy udawali, że nie rozumieją ani szwedzkiego, ani angielskiego, ani nawet polskiego (albo, co gorsza, rzeczywiście nie rozumieli). Pamiętam jak w Moskwie bankomat "połknął" mi kartę, po czym otrzymałam informację (po angielsku :D), że mam skontaktować się z bankiem.
Wokół mnóstwo mundurowych - policjantów, wojskowych, i nikt, dosłownie nikt nie chce mi pomóc! Proszę po angielsku, błagam po polsku. Ale NIKT NIC "nie paniemajet". I tak zostaję we wrogo nastawionym do mnie mieście z kilkoma banknotami w portfelu...
No ale dobrze. Nie czas na wypominanie.

Przeglądam mój postkomunistyczny paszport, a tam nic. Pustka. Wszystkie moje wizy – nawet ta rosyjska!, pieczątki, znaczki, naklejki... zniknęły! jakkolwiek głupio by to nie brzmiało - uwielbiałam je! Przypominały mi różne mniej lub bardziej śmieszne sytuacje (raczej mniej), wiele sztucznie stwarzanych biurokratycznych problemów, wizyty w ambasadach i odczekane godziny. Teraz tylko puste kartki, moja rozpłaszczona twarz i zapach papieru...
Czuję się, jakbym wkraczała w jakiś nowy rozdział mojego życia.

Dwa tygodnie do wylotu. Już nie umiem wysiedzieć. Kręcę się, wiercę się, sprawdzam po 10 razy, czy na pewno mój wniosek urlopowy został zaakceptowany w firmowym systemie. Najchętniej już bym się spakowała i pobiegła na lotnisko. Czuję się, jakbym od lat nie podróżowała, a przecież w samym zeszłym roku kłóciłam się z jakimś kolesiem ze śmiesznymi pejsami w Jerozolimie o falafela, pociłam się na plaży w Egipcie na jakimś spontanicznie zakupionym Last Minute, w Gruzji piłam bimber z plastikowej butelki od pirata drogowego, który kilka razy omal nie zabił mi rodziców, wytargowałam różową sznurkową torebkę od chłopaka z pięknymi czarnymi oczami w Betlejem, „degustowałam” grzane wino na kilkunastu identycznie wyglądających Weihnachtsmarktach we Wiedniu i delektowałam się cudownymi widokami (i uzo) na Zakhyntosie... Wow, ja to się mam jednak dobrze :)

Wracając do wyjazdu: do dyspozycji mamy 35 kg bagażu na dwie osoby, na ponad trzy tygodnie. Ale co tam – im bardziej skąpe ubrania, tym lżejsze, prawda? Czas wygrzebać z szafy bikini, sukienki, spodenki, topy... Uwielbiam!! :)
Z drugiej strony, tak patrzę na te bilety i myślę, że musimy być przygotowani zarówno na upalne lato, jak i na chłodną wiosnę, do miasta, na plażę, na prażące słońce i na zimny deszcz. To się dopiero nazywa wyzwanie!
Nie wytrzymam już. Uciekam się pakować! :)

p.s. Dostałam na urodziny pada, taba, jakkolwiek to się zwie, i o ile nikt mi go nie zwinie, będę na bieżąco pisać z podróży. Mam nadzieję, że kiedyś moje wnuki będą tak samo entuzjastycznie nastawione do czytania moich wypocin, jak ja teraz - do ich pisania :)

Komentarze

Popularne posty