mozarella di bufala, gelato i margherita, czyli smaki Italii


Gdy już „nacieszyłam się” rodziną, moimi bratankami i przyjaciółmi, kiedy już przemierzyłyśmy z Anią i Juniorkiem kilometry, omówiłyśmy wszystko i nadrobiłyśmy zaległości, i gdy już prawie zajechałam moje kochane, nieco ospałe przez moją długą nieobecność, pianino zaczęłam tęsknić za przygodą...

Nie chciałam już uciekać na inny kontynent, żeby nie narażać się za bardzo rodzicom, moje fundusze również były bardzo ograniczone, dlatego zaczęłam szukać tanich biletów w Europie. Znalazłam tylko Rzym. Przyznam, że Rzym leżał daleko od mojego wymarzonego miejsca na przygodę. Ale co tam - na bezrybiu i rak rybą.

Na dodatek musiałam obiecać, że tym razem nie polecę już sama. Nie bardzo pasowała mi ta perspektywa - dotychczas podróżowałam raczej w pojedynkę. Ale niech będzie -szybko znalazłam kompana do podróży. Na szczęście był otwarty, jeśli chodzi o miejsca. Czyli mogłam szaleć! ...i na dodatek miał bardzo ograniczony czas,  co również mi pasowało.

W Rzymie udało nam się znaleźć jakiś tani pensjonat w okolicy Watykanu a potem nocleg u bardzo sympatycznego Couchsurfera. Pozwiedzaliśmy, co pozwiedzać „należy” (ja już drugi raz...), powłóczyliśmy się po jakiś ciemnych uliczkach, żeby chociaż na chwilę uciec od tych wszystkich fleszy aparatów i od hałasu miasta, słuchaliśmy pięknej „ulicznej” opery na Piazza Navona, zjedliśmy mnóstwo lodów (w Indonezji nabawiłam się ich sporego niedoboru!), i zostaliśmy „naznaczeni” przez święte watykańskie gołębie. Spędziliśmy też piękny wieczór z naszym gospodarzem i jego znajomymi na Wyspie Tyberyjskiej (położonej na Tybrze), oglądając stare filmy, i pijąc dobre wino.


Po dwóch dniach w Rzymie poczułam się zmęczona ilością turystów, hałasem i bogactwem tego miasta. Postanowiliśmy kupić namiot i pojechać nad morze, do Ostii. Nocowaliśmy na „dziko” na jakimś campingu, gdzie poznaliśmy dwie urocze starsze Polki.

Jednak plaże Ostii bardzo mnie rozczarowały. Brudno, brzydko i szaro. Być może jestem już „łozwieziona” po Mauritiusie i Indonezji. Ale nie - tam na prawdę jest szaro, brudno i brzydko!

Postanowiliśmy jechać na dół - do Neapolu. Dlaczego? Bo wszyscy mówili nam, że tam jest niebezpiecznie. Czyli idealne miejsce dla mnie!

Po opuszczeniu dworca zrozumieliśmy od razu, o co wszystkim chodziło. Już w powietrzu czuło się adrenalinę. Brudne ulice, ciemne uliczki, szare budynki. Jakiś transwestyta zerkał na mnie z oddali. Zatrzymaliśmy się na kilka dni u Matthiasa, niemieckiego studenta z programu Erasmus. Chłopak przywitał nas oliwkami i winem.

Od razu zakochaliśmy się w tym mieście. Włóczyliśmy się godzinami po ulicach zagadywani przez uroczego Niemca historiami z jego życia w Neapolu. Matthias pokazał nam najlepsze lodziarnie, przez co totalnie odmienił  moje pojęcie o tym, co dobre.
Wybraliśmy się na długą pieszą wycieczkę nad morze. Po pokonaniu kilkuset schodów wreszcie dotarliśmy nad morze. Tam mogliśmy pływać między zatopionymi ruinami jakiejś średniowiecznej twierdzy. Niesamowity widok i wyjątkowe uczucie. Gdy  wspinaliśmy się  znowu do góry, zauważyłam napis na scianie "you`ll never walk alone" - nigdy nie będziesz wędrował  sam. Pocieszające w tym momencie i jednocześnie takie znamienne i życiowe. Do zapamiętania.

Gdy już wspięliśmy się na wzgórze, szliśmy wzdłuż linii brzegu  i podziwialiśmy lazur morza, Matthias zaczął bez uprzedzenia biec za przejeżdżającą ciężarówką. Widzieliśmy tylko zatrzymujący się pojazd, naszego Niemca zagadującego kierowcę, a na koniec też samego kierowcę otwierającego drzwi naczepy i machającego do nas życzliwie. Zadowolony Matthias przybiegł jednak spowrotem (ufff) i wyciągnął do nas dłoń, w której trzymał plastikowy woreczek. Otwieram, a tam - dwie białe kulki. "Najlepsza i najprawdziwsza mozarella di bufala", krzyknął dumnie nasz Niemiec. "Powiedziałem, że nigdy nie jedliście mozarelii, a że on ma tego pełno w naczepie, od razu chętnie się podzielił. Przecież każdy musi spróbować prawdziwej mozarelii z Neapolu!" Wyjął jedną z kulek, oderwał spory kawał i zaczął się delektować, zachęcając nas do tego samego. Byliśmy nadal w szoku. Ale mozarella rzeczywiście rozpływała się w ustach. Taka delikatna, mleczna, po prostu nieziemska!

Powędrowaliśmy w stronę Castello del'Ovo, średniowiecznego zamku położonego na wyspie. Tam, nad brzegiem morza, z małego plastikowego kubeczka, wypiliśmy moje pierwsze mocne jak siekiera espresso z zabójcza dawka cukru. Do tego cornetto z czekoladą i widok na zabytkową twierdzę wchodzącą w głąb lazurowego morza...

Nazajutrz kolejna niespodzianka - Matthias zamówił przez telefon śniadanie. Ot co. Zamówił ciasteczka z nutellą i kawę, i kilka minut później widziałam z balkonu młodego człowieka na skuterku czekającego na odbiór zamówienia. To się dopiero nazywa luksus :)
Śniadanie zjedliśmy oczywiście na balkonie, z widokiem na - jak przystało na Neapol - setki innych balkonów!



Po południu w parku, z którego rozchodził się widok na cały Neapol, zostałam poderwana "na ładnego pieska" przez dwóch przystojnych Włochów. Nalegali bardzo, żebym zjadła z nimi kolację w, ich zdaniem, najlepszej restauracji z owocami morza. Powiedziałam, że bardzo chętnie, ale, że jestem z dwoma znajomymi i bez nich nigdzie się nie ruszam. Zauważyłam, że gdy zapraszali moich przyjaciół, ten błysk w ich oczach już dawno zniknął.
Kolacja była na prawdę pyszna, gdy tylko okazało się, że "chłopcy" są prawnikami, Matthias, jako student prawa szybko ich zagadał. Bardzo sympatyczny prawniczo - rybny wieczór!

Nazajutrz pożegnaliśmy się z Matthiasem i kupiliśmy bilety na prom do Palermo. Gdy tylko odpłynęliśmy od brzegu, spojrzałam na piękny zachód słońca nad Neapolem, i wiedziałam, że chcę tu wrócić...

Komentarze

Popularne posty