Ilha Grande, czyli Leonardo, Tarzan i jadowite żaby

Z Salvadoru polecieliśmy do Rio de Janeiro , gdzie przespaliśmy się w mieszkaniu znajomych.  Rano pojechaliśmy w kierunku Ilha Grande, ok.140km od miasta. Ilha Grande miała być wisieńką na torcie w naszej małej podróży po Brazylii. W internecie można było znaleźć mnóstwo zdjęć i opisów rajskich plaż na wyspie,  w dodatku wszyscy znajomi bardzo zachwalali to legendarne miejsce,  chociaz nikt nigdy tak na prawdę tam nie był.  Mimo deszczowej pogody nie traciliśmy entuzjazmu.  Nasz współtowarzysz podróży i jednocześnie kierowca,  Ricardo, odebrał nas rano wymęczony  podróżą z Sao Paulo. Mimo,  że jest to jakieś 360 km, potężny ruch i korki na drodze wydłużają podróż do wieczności. Jako,  że Ricardo prawie zasypiał za kierownicą,  a czas nas gonił,  potrzebowaliśmy pilnie drugiego kierowcy.  Z trzech osób okazałam się jedynym kandydatem. Tak więc kolejny raz za kierownicą na innym kontynencie - z europejskim prawem jazdy.  


Kierowcy w Brazylii może nie są tak szaleni jak w Indonezji, gdzie jazda na moim jednośladzie wyglądała jak codzienna walka o przetrwanie (ale ile radości! ), i trzymają się jednak pewnych (bardzo okrojonych ) przepisów,  ale kilka razy mocniej zabiło mi serce.  Po pierwsze - na dwupasmówce wszyscy jeżdżą na lewym pasie,  olewając totalnie przepisy i wyprzedzając na zakrętach,  przy podwójnej ciągłej tych na lewym pasie, oczywiście z lewej. Gdy odstaliśmy swoje w korkach i po całej wieczności dojechaliśmy żółwim tempem, za potężnym tirem z  eskortą, do portu,  minęło już południe. Zdążyliśmy w ostatniej chwili zaparkować  i złapać transport motorówką na wyspę.  Za 15 minutowy transport zapłaciliśmy 30 reali (45zl). Biorąc pod uwagę  fakt,  że ceny paliwa są tu minimalnie niższe niż w Polsce,  uznałam to za lekką przesadę.

Gdy dopływaliśmy  do brzegu,  a właściwie do prowizorycznego  portu przy molo,  poczułam się trochę jak Leonardo di Caprio w filmie "Niebiańska plaża". To nie pierwsza wyspa w moim życiu,  ale po raz pierwszy poczułam się tak...nieswojo. Nie mam pojęcia dlaczego. Kiedy wlekliśmy się przez plażę, szukając naszego hostelu, mijaliśmy same "ciekawe osobistości".  Większość wyglądała na hipisów albo rastamanów, część nagabujących nas do zakupu wycieczki lub noclegu uśmiechała się tak wesołym i błędnym wzrokiem, że mogłabym przysiąc, że gdzieś w pobliżu znajduje się plantacja marihuany. 


Piaszczysta plaża, przy niej mnóstwo knajpek i restauracji, oświetlonych latarenkami i świeczkami. Nasz hostel, z pięknym drewnianym tarasem, wychodzącym na morze,  położony był na jej końcu.  Dookoła dużo zieleni,  palmy, hamaki tuż nad wodą. Gdy weszliśmy do recepcji zostałam przywitana miłym  "hola!" Zapytałam po angielsku o nasz pokój, na co brunetka za ladą zmieniła wyraz twarzy i twardym hiszpańskim akcentem powiedziała "paper" i wskazała na kartkę z rezerwacją, dając mi do zrozumienia,  że z angielskim daleko tu nie zajdę. Gdy chciałam spytać o metodę płatności,  nasza zdolność komunikacyjna z poziomu "jako tako" zeszła od razu na poziom zero. Wokół krążyli inni pracownicy hostelu, jednak widocznie wszyscy zmagali się z tym samym problemem, gdyż nikt nie odważył się wesprzeć koleżanki.  Gdy pojawiła się Renata, z którą przyjechaliśmy,  okazało się,  że portugalski tez nie jest pomocny.  Uratował nas dopiero Aylton ze swoim hiszpańskim. Ekipa hostelowa od razu zmieniła swoje nastawienie do nas, a właściwie do niego.

Rzuciliśmy bagaże i poszliśmy popływać. Zapytaliśmy chłopaka z dredami (jednego z setek na tej wyspie) o jakąś plażę do pływania (przy tej naszej były same łodzie) powiedział "za furtką w lewo i minutę prosto, i jest.  A minutę dalej -następna. A jak pójdziecie dalej - za dwie minuty będzie trzecia". Wprawdzie wyglądał jakby był właśnie gdzieś głęboko w swoim świecie,  ale mówił prawdę.  Za minutę wyszliśmy z "chaszczy" i zobaczyliśmy uroczą, małą  plażę.  A minutę dalej - kolejną! :)


Gdy poszliśmy szukać restauracji na kolację, okazało się,  że tutejsze ceny znacznie przerastają nasze oczekiwania. Za parę  (bo tak wyglądało tutejsze menu - jakby ludzie jadali  tylko w parach!) trzeba zapłacić od 70 do 120 reali (100-180zl), bez napojów. Rozumiem jednorazowy wypad, ale każdy obiad i kolacja za stówę, i to na małej brazylijskiej wyspie,  gdzie owoce morza,  ryby,  są do zgarnięcia za darmo przy odrobinie wysiłku??? Obeszliśmy kilka takich restauracji,  zarówno tych na plaży,  jak i w głębi miasteczka,  większość z plastikowymi krzesłami,  i okazało się,  że ceny wszędzie są identyczne. Jak się potem okazało,  ceny są sztucznie zawyżone,  żeby wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy od turystów (i tych pseudo hipisów),  ale żeby to było możliwe,  ceny są "dogadane" między właścicielami knajp, tak,  żeby nikt się nie wybił,  tworząc na nowo konkurencję. 
W końcu znaleźliśmy małą knajpę, która gdzieś tam na samym dole menu oferowała porcję dla jednej osoby,  za 25 reali (38zl) - panierowana ryba,  ryż i frytki.  Zjadliwa. Kelner, młody chłopak w piłkarskiej koszulce,  był tak zjarany, że dopóki danie nie trafiło na stół, nie byliśmy pewni,  czy zrozumiał, co do niego mówimy.  

Czułam się oszukana. Płaciliśmy jakieś kosmiczne kwoty za ryby,  które pływały  obok,  po to,  żeby oni mogli być całymi dniami na haju!!!! Nawet butelka zwykłej niegazowanej wody w mini markecie kosztowała tu 7zl. W dostatku ludzie pracują tu jak za karę, są niezbyt uprzejmi, znudzeni i nie chętni do pomocy. W informacji turystycznej przy molo liczyć  można jedynie na darmową mapę, bo nikt z trójki młodych ludzi  nic nie wie, nie znają angielskiego i płaci im się chyba za obsługę ich prywatnych smartfonów. W kilkudziesięciu agencjach turystycznych oferujących wycieczki, oczywiście w identycznych cenach, sprzedawcy już na wstępie witają turystów po hiszpańsku. Pamiętam,  jak przeprowadziłam się na hiszpańską wyspę, Fuerteventura. Wszyscy mówili po niemiecku albo angielsku,  menu było w tych samych językach, a w lokalnych restauracjach serwowano Schnitzel, Weisswurst i Weißbier.  Irytujące. Nie potrafię zrozumieć ludzi,  którzy wyjeżdżają do innego kraju i próbują wcisnąć tam ludziom swoje obyczaje (i język),  zamiast samemu się integrować i korzystać z kolorytu lokalnej kultury. 

Okazało się,  że na Ilha Grande mieszka wielu Argentyńczyków i innych mieszkańców hiszpańskojęzycznej części Ameryki Południowej,  którzy w większości przybyli do Brazylii prawdopodobnie przed mistrzostwami świata,  w poszukiwaniu pracy. Słyszeliśmy też,  że na wyspie ukrywają się przestępcy z Argentyny,  którzy być może pracują w naszym hostelu.  Ile w tym prawdy - nie wiem,  ale wolałam się nie narażać ;)



Drugiego dnia wybraliśmy się na wędrówkę po tutejszych wzgórzach.  Na wyspie sporo było turystycznych szlaków, wybraliśmy optymalny - 2  godziny do (podobno pięknego) wodospadu. Po pół godzinie wędrówki,  cały czas pod górę,  przy temperaturze 35 stopni, byliśmy wdzięczni Ayltonowi, że zdecydował się taszczyć 3 butelki wody, bo opróżniliśmy 20% zapasów jednym haustem. Kiedy doszliśmy do jakiegoś akweduktu w środku dżungli,  przed oczami pojawiła się tabliczka przestrzegająca przed dokarmianiem  dzikich zwierząt,  a na zdjęciu potwór z moich koszmarów - wstrętna,  tłusta,  jak zwykle udająca niegroźną ... małpa!!!!! Te zwierzę chyba już zawsze będzie mnie prześladować...

Wędrówka po wzgórzach, przez - jakby nie było - dżunglę, przy tak wysokiej temperaturze, to niewątpliwie niezwykła i jednocześnie - niezwykle męcząca przygoda. Ale dźwięki przyrody - bzyczenie, szeleszczenie, stukanie jakiś tutejszych mniej lub bardziej groźnych zwierząt w połączeniu z szumem drzew, strumieni i wodospadów, to niesamowite ukojenie dla zmęczonego pracą i stresem ducha. Jak cudownie jest się oddać tej muzyce, nie myśleć o problemach, i nie oczekiwać absolutnie nic.
Wyobrażałam sobie skaczącego po lianach Tarzana. Takiemu to dobrze. No chyba, że wziąć po uwagę jego ciągły kontakt z małpami...


Po dwóch godzinach wędrówki dotarliśmy do wodospadu. Miał być wielki, piękny i cudowny, a okazał się nie brzydki, ale mały i osaczony przez turystów i turystki w stringach. Gdy później przeglądałam zdjęcia z wodospadu, okazało się, że tylko na jednym udało mi się nie uwiecznić żadnej "pół-gołej" pupy. Oto i ono (tak wiem, kiepskie, ale na prawdę nie było to łatwe zadanie ;) :


Odpuściliśmy sobie kąpiel w lodowatym wodospadzie w towarzystwie tych wszystkich "uroczych" turystów, i wyznaczyliśmy sobie kolejny cel wędrówki: oddaloną o dwie godziny drogi, "piękna plażę". Ciekawe, co tym razem czeka na nas za wzgórzem...
Po drodze spotkaliśmy kilku równie zgrzanych i zmachanych jak my turystów, którym stanowczo wybiliśmy z głowy wycieczkę do wodospadu. Idąc, obserwowaliśmy, jak zmienia się fauna i flora, wraz ze zmianą wysokości. W pewnym momencie z oczu zniknęły nam drzewa z pięknymi fioletowymi kwiatami, potężne liście (jak te, z których w filmach  w stylu "Indiana Jones" spija się wodę i robi opatrunki na rany), egzotyczne krzewy i tarzanowe liany, pozawieszane niedbale na gałęziach. Przed nami, a właściwie wokół nas i nad nami, pojawił się tajemniczy i bajeczny las bambusowy.


Potężne pędy bambusa pięły się wysoko do nieba, osłaniając nas i mieszkańców lasu zieloną koroną od ostrych promieni słońca. Gdy tak stałam z zadartą do góry głową (i prawdopodobnie rozdziawioną gębą), wpatrzona w tą cudowną zieloną fortecę,  z transu wyrwał mnie Aylton, przypominając o innych wielbicielach takich miejsc, mianowicie o wężach. Nie trzeba było długo czekać na moją reakcję - las bambusowy (ten oraz kilka kolejnych) pokonałam z prędkością światła!

Gdy wreszcie dotarliśmy do celu naszej wycieczki, przypomniał mi się od razu tekst piosenki: "Nie o to chodzi by złapać króliczka, ale by gonić go." Plaża nie była brzydka, wręcz przeciwnie (chociaż daleko jej było do tych z Mauritiusa), ale za to pełna ludzi, którzy prawdopodobnie tak samo jak my, marzyli o odosobnieniu. W dodatku okazało się, że "wodne taxi" dowozi tu za, bagatela, 20 reali tych mniej chętnych do chodzenia po dżungli turystów. I tyle o dzikiej plaży.



Zgrzani i zmęczeni oddaliśmy się cudownie odświeżającej i energetyzującej kąpieli w oceanie.Gdy wróciłam na plażę, żeby zagłębić się w lekturze (dobry kryminał nawet w dżungli jest ze mną!), omal nie usiadłam na dość krąglutkiego żuczka, który upodobał sobie moją tęczową chustę. Żuk miał około 6 cm długości i zdołał już zaplątać się nóżkami w gęsto tkany szal, robiąc w nim centrymetrową dziurę. No cóż, tak nie będziemy rozmawiać! Pomogłam temu "Guliwerowi w świecie owadów" wyplątać się z pułapki, bez szkody dla jego kończyn i mojej chusty, a po akcji ratowniczej i sesji fotograficznej odprowadziłam małego niszczyciela do lasu.


Gdy tylko niebo pokryły szare chmury zebraliśmy się z Ayltonem w drogę powrotną, żeby zdążyć przed zachodem słońca i ewentualną ulewą. Nasi towarzysze podróży zdecydowali się skorzystać z usług przewozowych.
Droga powrotna była cudowna, maszerowaliśmy szybkim krokiem i uwinęliśmy się w niecałe 2 godziny. Przyroda postanowiła odegrać prawdziwe przedstawienie: orzeźwiający deszcz lekko kropił, uderzając w liście, jak w cymbały, drzewa szumiały tajemniczo, ptaki trzepotały skrzydłami tuż nad naszymi głowami, jakby ostrzegając przed nadchodzącym deszczem i zmrokiem, a owady cykały jak orkiestra. Słońce kładło się do powoli do snu, a niebo mieniło się kolorami tęczy. I tylko te małpy, skaczące co jakiś czas nad moją głową, zaburzały tę niesamowitą harmonię...

Na drugi dzień wybraliśmy się na wycieczkę statkiem. Nie był to rejs katamaranem po lazurowych wodach oceanu, jak na Mauritiusie, ani żeglowanie do wysp na Morzu Śródziemnym z czasów Neapolu. I ani mi się śni porównać tą wycieczkę do naszych cudownych rejsów mazurskich. A "rajska" Blue Lagoon (niebieska laguna) z braku słońca okazała się zielona i zwyczajna. Natomiast jedyne, co można było zobaczyć w podwodnym świecie, to butelki i puszki po piwie. Jednak były i plusy - darmowa Caipirinha na pokładzie  i.... delfiny. Znikały w falach oceanu, po to żeby wyskoczyć znowu razem ponad powierzchnię wody kilkadziesiąt metrów dalej, jakby tylko wyczekując radosnych wrzasków turystów.

Gdy wróciliśmy wieczorem do hostelu, zobaczyłam nad naszymi drzwiami złotą żabę. Szybko wyciągnęłam aparat, jednak, dlatego że było już dość ciemno, nie byłam w stanie zrobić dobrego zdjęcia.W związku z tym wyciągnęłam się jak najwyżej potrafiłam na palcach do góry, żeby maksymalnie zbliżyć się do złotego płaza. I wtedy usłyszałam za sobą paniczny krzyk Ricardo, który twierdził, że mocz takiej żaby może na zawsze pozbawić mnie wzroku. Nie słyszałam jeszcze takiej historii, jednak na wszelki wypadek odsunęłam się od tego zaklętego księcia. Ricardo do czasu jego zniknięcia przekraczał próg drzwi z ręcznikiem na głowie.



Po powrocie do domu oczywiście oddałam się poszerzaniu mojej wiedzy na temat płazów. I znalazłam jedynie informację o Drzewołazowatych, rodzinie żab, które należą podobno do listy 10-ciu najbardziej jadowitych gatunków. Według Wikipedii należący do tejże rodziny Liściołaz Żółty, który zamieszkuje Amerykę Południową "posiada wystarczająco dużo toksyny dla zabicia dwudziestu ludzi lub około dziesięciu tysięcy mysz" .
Przy okazji dowiedziałam się jeszcze, że "wałęsa" się tu gdzieś jeszcze Wałęsak Brazylijski, jeden z najbardziej jadowitych pająków na świecie. W zeszłym roku taki właśnie mały pajęczak zrobił furorę w jednym ze sklepów Biedronki w jakiejś wsi w Polsce. Siedział sobie, wraz z potomstwem grzejącym się w kokonie, w bananach.  A to ciekawe..

Do listy "istot, które należy unikać w podróży", oprócz małp, kosmicznych rycerzy, węży, kleszczy i komarów (które przenoszą paskudne choroby), dopisujemy na wszelki wypadek żaby i pająki. Strzeżonego Pan Bóg strzeże.



Komentarze

Popularne posty