kolory, muzyka i Michael Jackson, czyli Salvador
Po powrocie do Santos wybraliśmy się do muzeum kawy na prawdziwą brazylijska kawę i lody - również kawowe, czyli to, co gusia lubi najbardziej - kofeina plus słodycze :) Po południu plażowanie w pobliskiej miejscowości Guarujá i grillowanie w doborowym towarzystwie. Tego dnia odważyłam się też kupić brazylijskie bikini. Wprawdzie nie te z trójkątem z przodu i z paseczkiem z tyłu - tyle śmiałości nie mam, ale na pewno bardziej wycięte z tyłu niż nasze europejskie. Miałam wrażenie, że moja europejska uroda jest tu mniej zaskakująca, niż moje "zabudowane" bikini.
Brazylia i chyba cała Ameryka Południowa słynie z kształtych kobiet. Kobieta z małą płaską pupą i małymi piersiami jest tu raczej mało atrakcyjna. Kobiety często korzystają z usług chirurgów plastycznych, żeby powiększyć jedno i drugie. Silikon jest wszechobecny na ulicach Sao Paulo i Rio. Co roku organizowany jest słynny konkurs Miss Bumbum. Wybierana jest wtedy najładniejsza pupa - co przeważnie idzie w parze z rozmiarem. W sklepach można kupić również push up majtki, żeby poprawić nasze "niedoskonałości". Natomiast na plaży wszystkie panie, bez względu na wagę i wiek chodzą w stringami albo mocno wykrojonych majtkach. Dumnie paradują wzdłuż oceanu, ciesząc się spojrzeniami biegających w tę i spowrotem facetów, którzy z kolei pokazują światu swoje opalone kaloryfery. Obserwując te widowisko, sposób bycia młodych kobiet i mężczyzn, ich stroje i zaczepny wzrok skierowany w moją stronę, muszę z przykrością stwierdzić, że aparycja ewidentnie góruje w tym kraju nad osobowością. Z drugiej jednak strony widząc dziewczyny w krakowskich dyskotekach i tych wszechobecnych hipsterów, którzy twierdzą, że "mają gdzieś trendy", obawiam się, że u nas tez zapomina się o tym, co "niewidoczne dla oczu". Pomijając aspekt filozoficzny postrzegania bliźniego, Brazylia to kraj, w którym wyzbyłam się kompleksów. I tyle o pupach.
Następnego ranka byliśmy już w drodze do Salwadoru, stolicy stanu Bahia, ok 1400 km na północ od Sao Paulo. W Santos słyszałam, że jest to najbiedniejszy i najbrudniejszy stan Brazylii, pełen złodziei i nierobów. Po półtora godzinnej jeździe autobusem i autokarem, 2,5 godzinach lotu i kolejnych 1,5 godziny w autobusie z lotniska w Salvadorze, zgrzani i zmęczeni dotarliśmy do Barra, nadmorskiej miejscowości. Nasz gospodarz, Sycylijczyk, Paulo, przywitał nas łamanym angielskim. Gdy dowiedział się, że Aylton jest Brazylijczykiem, a ja mówię trochę po włosku, z jego ust wydobyła się lawina słów - mieszanka portugalskiego z włoskim, którą ku naszemu zaskoczeniu rozumieliśmy oboje.
Kiedy wybraliśmy się na spacer do pobliskiej latarni, moim oczom ukazała się BRAZYLIA. Nie ta Brazylia pełna slumsów, przestępców czy konsumpcjonistycznie nastawionych do życia bogaczy. Brazylia pełna uśmiechniętych ludzi, tańczących sambę na ulicy, bawiących się, cieszących życiem. Brazylia, którą wyobrażałam sobie od dziecka. Był wieczór, a ludzie jakby dopiero budzili się do życia! Muzyka, kolorowe stroje, radość. Tego mi było trzeba! :)
Wieczorem poszliśmy na Açai - owoce zmiksowane z lodem, a potem na piwo do najbliższego lokalnego baru, bynajmniej nie turystycznego. Siedząc na żółtych plastikowych krzesłach popijaliśmy piwo ku zachwytu właściciela , przejeżdżających kierowców i lokalnych meneli.
Rano wybraliśmy się na pobliską plażę. Miękki piasek, zaledwie kilku turystów, i piękne poranne słońce. Skacząc przez fale podziwialiśmy latarnie morską i całe piękne lazurowe wybrzeże.
Po obiedzie w lokalnym barze mlecznym pojechaliśmy autobusem do centrum Salwadoru, Pelourinho. Miejsce to słynie z dwóch rzeczy: bardzo kolorowych domów i Michaela Jacksona. A jedno związane jest prawdopodobnie z drugim. Otóż, architektura tego miasta jest tak oryginalna i zachwycająco kolorowa, że Michael postanowił nakręcić tam teledysk do piosenki "they don't really care about us". Od tamtej pory lokalni próbują sprzedać wszystko, co związane z piosenkarzem, łącznie ze zdjęciem na balkonie, na którym został on uwieczniony na teledysku. A turyści i fani.. kupują! No cóż, popyt i podaż są ze sobą ściśle związane.
Na każdym kroku próbuje się tu wcisnąć pamiątki, biżuterię i jedzenie, i bardzo trzeba uważać na swoje rzeczy. Fotografując budynki w mniejszych uliczkach, dwukrotnie zostałam ostrzeżona, że mogę w każdej chwili stracic aparat.
Na ulicach lokalne kobiety w tradycyjnych strojach (okrutnie pogrubiających) sprzedają smażone przekąski z mąki kukurydzianej, z warzywami i malutkimi, ale (o zgrozo!) całymi krewetkami (z głową, ogonem i nóżkami), zachęcając również do robienia im zdjęć, za co oczywiście natychmiast życzą sobie zapłatę. Od spotkania z kosmicznym gitarzystą w Sao Paulo unikam jednak fotografowania obcych ludzi..
Nie potrafiłam wręcz uwierzyć, że w tak pozytywnym i kolorowym miejscu ludzie kradną i oszukują. Taki paradoks życiowy.


Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia