Salvador część 2.
Pierwszą rzeczą, która zaskoczyła mnie juz w drodze z lotniska do Barra, miejscowości, w której nocowaliśmy, był handel.. autobusowy! Najpierw wszedł starszy, niewidomy mężczyzna, który sprzedawał breloczki do kluczy i otwieracze do butelek. 10 minut później pojawił się sprzedawca wody i innych zimnych napojów. Ale kwintesencją handlu autobusowego był dla mnie certyfikowany sprzedawca lodów - młody człowiek z przenośną lodówką ze styropianu, i z identyfikatorem na szyi. Nie mogłam odmówić komuś takiemu, tym bardziej, że lody na patyku, o smaku mango, guawy, brigadeiro (brazylijskiego przysmaku z mleka kondensowanego), owocu Açai czy właśnie samego kondensowanego mleka, nie figurują w ofercie polskich lodziarni :)
Gdy włóczyliśmy się później po kolorowych uliczkach Pelourinho, Aylton niespodziewanie zapukał do czyjegoś okna, zamienił parę słów z gospodarzem, a potem zniknął I wrócił szczęśliwy jak dziecko z dwoma przezroczystym woreczkami z jakimś czerwonym płynem. Okazało się, że to jego ukochane lody z dzieciństwa. Gdy szliśmy przez miasto ssąc mrożony płyn przez wygryzoną w folii dziurkę i kapiąc dookoła słodkim sokiem, przechodzący ludzie śmiali się życzliwie.
Spacerując przez Salvador w oczy rzuciły mi się nie tylko piękne uliczne obrazy i graffiti, ale także wszechobecyne wołanie o pomoc i o lepsze jutro. Często widziałam na ścianach hasła typu: "mniej kwiatów, więcej praw", wskazujące na wciąż obecny w Brazylii problem równouprawnienia kobiet i mężczyzn; oraz "więcej miłości", czy "Bóg Cię kocha".
Ludzie wydają się tu być bardzo religijni, wszędzie widać kościoły, kapliczki, krzyże. Można kupić koszulki z motywami religijnymi lub figurki Chrystusa. Aż wstyd przyznać osobie, która wychowana została w wierze katolickiej, że w tak katolickim kraju, z potężnym posągiem Chrystusa Zbawiciela, do którego przyjeżdżają turyści z całego świata, jest jednocześnie taka wysoka przestępczość czy seksualna wolność. I tylu ludzi żyjących na skraju nędzy, podczas, gdy inni pławią się w luksusach. To jednak nie miejsce i czas na dywagacje na tematy religijne -niekończąca się opowieść.
Ciekawym elementem religijno-kulturowym są tutaj kolorowe wstążki, dzięki którym mają spełnić się nasze życzenia. Wstążkę taką można kupić w całym Salvadorze, i pewnie w całym stanie Bahia, wymyśla się życzenie, zawiązuje gdzieś na bramie w/ przy kościele, a wersji współczesnej na dłoni lub na kostce, i czeka, aż taka "bransoletka " odpadnie , żeby marzenie to mogło się spełnić. Takie różnokolorowe wstążki są nieodłącznym elementem krajobrazu Salvadoru, wiszą przy kościołach, na płotach, latarniach i dłoniach tutejszych ludzi. Od czterech lat noszę podobną bransoletkę, którą dostałam w hinduskiej świątyni na Mauritiusie, i nie pamiętam już nawet, czego sobie wtedy życzyłam. :)
Brazylia, jak wspominałam jest krajem wielokulturowym. Można jednak zauważyć pewien schemat. Otóż, ludność w stanie Bahia, czyli północno-wschodniej części tego kraju, jak również większość mieszkańców północy, jest raczej czarnoskóra, ewentualnie mulata. Dlaczego? Bo Brazylia ma swoje początki właśnie w Bahia. Portugalscy kolonizatorzy sprowadzali tu niewolników z Afryki, stąd afrykańskie pochodzenie dzisiejszych mieszkańców północy. Im bardziej na południe, tym jaśniejsza karnacja. W Sao Paulo mieszka wielu Japończyków, którzy szukali tu lepszego życia w czasie/po wojnie, Portugalczyków, Włochów, Hiszpanów. Na południu można znaleźć wielu Polaków, Czechów, Austriaków, a przede wszystkim Niemców, którzy pojawili się tu w czasie wojny i po, uciekając przed czymś lub szukając po prostu lepszego życia. Na południu klimat jest bardziej łagodny i znośny dla Europejczyków, w Salvadorze, mimo pochmurnej pogody, było cały czas parno i duszno, natomiast w Santos musiałam wieczorami zakładać koszulę lub lekką kurtkę.
Salvador okazał się dla mnie miejscem o mocnym "charakterze". Nie ma tu jeszcze takiego wpływu amerykańskiej czy europejskiej kultury, jak w Sao Paulo czy innych wiekszych miastach. Nie widać tu sieciówek (poza centrami handlowymi), supermarketów. Nie ma jeszcze tylu McDonaldów, sturbucksów i drapaczy chmur, rujnujących totalnie krajobraz przyrody. W drodze na lotnisko widziałam jednak kilka placów budowy, tuż przy dzikiej plaży, a właściwie na niej. Widać znowu konsumpcjonizm, pieniądze wygrały ze zdrowym rozsądkiem i miłością do natury. ..


Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia