Sao Paulo i gwiezdny gitarzysta


Postanowilismy wybrać się do  Sao Paulo. Nasłuchałam sie tylu historii o tym mieście, że przyznam, ze miałam dość mieszane uczucia. I jeśli Wydawało mi się, że Sao Paulo nie przypadnie mi do gustu, to teraz już jestem tego pewna.
W  całej metropolii mieszka ok. 20 milionow ludzi. W samym mieście podobno 11 milionow. Natomiast w stanie Sao Paulo, do którego należy np. Santos - 44 milionów!!!  Zastanawiałam się sie, jak to możliwe, że Brazylia jako stosunkowo młody kraj, jest aż tak bardzo zaludniona. Spokój i odosobnienie można tu znaleźć chyba tylko w Amazonii, a przynajmniej tak przypuszczam. Śmiem twierdzić, że przybysze z różnych krajów, kolonizatorzy, byli tak bardzo zachwyceni swoją odmiennoscią  zarówno fizyczną, jak i kulturową, że zaczęli trochę zbyt przesadnie lgnąć do siebie wzajemnie. Nie znam nikogo, kto wygląda na "Brazylijczyka". Jedni kojarzą  mi się z Portugalczykami, inni z Niemcami, drudzy wyglądają jak Hiszpanie, inni maja włoskie rysy twarzy. Są śnieżnobiali , czarni, mulaci (przepraszam za niedyplomatyczne określenia).  Mogą mieć niebieskie i zielone oczy. I mają niesamowicie barwne drzewa genealoigczne. Ciągle słyszę historie typu: "mój dziadek był Hiszpanem, gdy miał 17 lat przyplynal statkiem do Santos, szukając lepszego życia, i poznał moją babcię - Włoszkę. Natomiast drugi dziadek był Portugalczykiem..." Większość z nich mogłaby napisać scenariusz do telenoweli, opisując losy swoich przodków!

W Sao Paulo postanowilismy dołączyć do  Free Walking Tour (teoretycznie darmowe zwiedzanie miasta z przewodnikiem, w praktyce opłacane przez czasem bardzo hojne napiwki). Uciekł nam autobus z Santos, i trochę pogubilismy się na stacjach metra w SP, przez co przybieglismy na miejce 20 minut spóźnieni, licząc się z koniecznością samotnego przemierzania miasta. Ale jak na Brazylię przystało, zwiedzanie rozpoczęło się z 30 min opóźnieniem :)


Co zobaczyliśmy w SP? Wielu biednych,  bezdomnych ludzi,  żyjących na skraju nędzy,  mnostwo drapaczy chmur, wiele brzydkich, czyli w moim słowniku "komunistycznych" budynków, brudne ulice, banki, giełdę papierów wartościowych wartosciowych (jesli tak to sie nazywa), posąg Nike, w miejscu, gdzie miasto miało swój początek i katedrę. W centrum miasta stoi wielki falisty budynek, w którym jest ponad 1160 mieszkan, 72 sklepy i Kościół, ktory pierwotnie miał być kinem. Nasza przewodniczka mówiła tak smiesznym angielskim, ze nie umialam skupić się na niczym innym, jak na powtarzanymi co 5 słów z przesadnie brytyjskim akcentem "over here" i "over there", jakby nie było to logiczne, że mówi o budynku czy pomniku, przed którym właśnie stoimy. Jedyne co zapamiętałam, to, że architektowi, ktory zaprojektowal ten brzydki moloch, z którego tak dumna byla nasza prewodniczka, brakło tydzien do ukonczenia 105 lat. No cóż...

Gdy  po kilku godzinach wloczegi dotarliśmy do końca naszej wycieczki, zobaczyłam na moscie gitarzystę w kapeluszu i kurtce, pomalowanymi sprayem na srebrno. Nic szczególnego, ale tak fajnie komponował się ze ścianą, ze postanowiłam zrobic mu zdjęcie (moja wina!!!). Nie chciałam pochodzic zbyt blisko, zresztą szliśmy całą grupą, więc tylko przystanelam na chwilę i pstryknelam byle jaką fotkę.


Pan gitarzysta zobaczył mnie w tłumie, przestał grać i jakby nigdy nic spojrzał na bogu ducha winnego Ayltona, który stal obok mnie, i zaczął wyzywać go, nie szczedzac ostrych słów i gróźb. Aylton, znając nerwowość mieszkańców tego miasta,  powiedział tylko, ze również zyczy mu miłego dnia, i wziął mnie za rękę. Odeszlismy sto metrów dalej, gdzie nasza przewodniczka dziękowała nam za uwagę i zachęcała, podchodząc do każdego indiwidualnie, jak w kościele, do "dobrowolnego datku, który zwykle wynosi okolo 20-30 reali od osoby" (30-45zl)...
I w tym momencie usłyszałam za sobą znajomy głos, wykrzykujacy słowa, które nawet taki gringo, jak j rozumie. Nasz srebrny gitarzysta zblizal sie do nas pewnym krokiem, trzymając znacząco rękę na czymś dużym, co trzymał w kieszeni. Zauważyłam, że ma nóż. Podszedl do Ayltona i popchnal go z calej sily, wzywając i śliniąc się jak Pit Bull, po czym próbował wyrwać mi aparat. Miał ponad 2 metry wzrostu i grubo ponad 100kg, chociaz z daleka tak nie wyglądał. Bronilam mojego aparatu i plecaka, a Aylton i przewodniczka probowali uspokoic gwiezdnego rockmana, ktory wciąż wskazywał na broń w kieszeni. Ludzie wokol zatrzymali sie i patrzyli, ale absolutnie nikt nie mial  odwagi zareagowac. Zupelnie jak wtedy na Bali, gdy zaatakowala mnie wściekła, wredna małpa. Supermeni zastygli, gapiac sie na przedstawienie rodem z horroru:  sliniaca sie, syczaca malpa wgryza mi sie w reke, a potem w noge, a srebrny gitarzysta w kapeluszu grozi nam nozem. Zauważyłam,  że w jednym i drugim przypadku istotną istotną role odgrywa moj aparat,  wscieklizna i ślina przeciwnika. Tym razem nie mialam jednak zamiaru skonczyc znowu w szpitalu z zastrzykami przeciw wściekliźnie. Gdy tylko gwiezdny wjownik odszedł na chwile wyzywajac caly swiat i turystow,  zlapalam Ayltona za reke i pociągnęłam w stronę schodów do metra. Bieglam przed siebie przepychajac sie przez tlumy ludzi, a Aylton podążał za mną próbując nie stracic mnie z oczu. Byłam na prawdę przerażona, cała się trzęsłam. Statystycznie w SP co godzine ginie jakiś człowiek na ullicy. Nie chciałam znaleźć się w tych statystykach, i to tylko dllatego, ze zrobilam komuś zdjęcie, i to kiepskie. Biegłam przed siebie, zerkajac tylko, czy Aylton jest za mna, a psychol- juz nie. Wbiegłam prosto w dzielnicę, która wyglądała jak jedno wielkie kolorowe targowisko. Ciągle ktoś mnie próbował zarzymac,wciskając mi jakieś tandetne adidasy, torebki, wodę, cukierki czy  biżuterię. Czułam się osaczona.  Wydawało mi się ze zza rogu wyskoczy zaraz gigant ze swoją gitarą, uśmiechnie się jak joker i wbije mi nóż w brzuch. Moja wyobraźnia nie pomagała mi wcale otrzeźwieć,  chciało mi się płakać. Gdy Aylton wreszcie mnie złapał i uspokoił, wróciłam do rzeczywistości.  Poszliśmy na targ żywności, wrzucić coś na pusty żołądek. Dla Jasności - kto miał pusty, ten mógł jeść.  W moim brzuchu był teraz wielki i ciężki kamień i gdybym coś zjadła,  umarlabym na miejscu.  Za to jednym haustem oproznilam szklankę z piwem. Dobrze,  że brazylijskie piwo jest takie słabe,  a szklanki, z których się je pije - malutkie,  bo inaczej po trzech takich wychodziłabym stamtąd na czworakach... (w Brazylii w barach piwo kupuje się  w dużej butelce,  która podawana jest w plastikowym opakowaniu chroniącym chyba przed utratą temperatury (chociaż butelka jest opróżniana tak szybko, że nie ma nawet szansy się zagrzac) i dzieli się nim w towarzystwie.)

Dopiero, gdy drzwi metro zamknęły się za nami,  poczułam się bardziej spokojna.

Dotarliśmy do biznesowej dzielnicy miasta,  pełnej banków i drapaczy chmur.  Gdy zaczęliśmy przechodzić przez jezdnię, zauważyłam, że jest czerwone światło a obok stoi dwóch policjantów,  nie umiejących wręcz oderwać ode mnie wzroku.
W tej sytuacji lepiej było poczekać na zielone. Jednak oprócz nich i nas nikt nie zdawał się przejmować czerwonym światłem.  Przejechało dwóch rowerzystów,  przebiegla grupa dzieci,  jakiś punk przeszedł między mundurowymi popychajac jednego ramieniem.  Kobieta przekroczyla jezdnię patrząc jakby zaczepnie na jednego z nich.  I gdy tak staliśmy w czwórkę - z dwoma policjantami i obserwowaliśmy te widowisko,  nie wytrzymałam i parsknelam śmiechem.  Policjanci gapili się na mnie, ludzie przechodzili masami przez drogę, a my ryczelismy że śmiechu. Po całej wieczności wreszcie zapalilo się zielone światło.



Dotarliśmy do dzielnicy pełnej prostytutek i transwestytow. Juz w surabaya I Neapolu miałam okazję odwiedzić takie miejsca.  Nothing special!  ;)
Na zakończenie dnia piwko ze znajomymi i... w ostatnim momencie zaaranżowane spotkanie po  latach. Po raz kolejny mialam okazje przekonać się, że czas nie ma żadnego znaczenia,  tak jak i wiek,  jeśli w grę wchodzi przyjaźń.  André ostatnio widziałam na Mauritiusie, 4 czy 5 lat temu - zawsze mam problem z datami.   Pracowaliśmy razem dla organizacji pozarządowej i mieszkaliśmy wraz z innymi wolontariuszami z roznych krajow świata.  Rozmawialiśmy jakbyśmy widzieli się zaledwie miesiąc temu, a tematów nie bylo końca.

Jak bardzo się jednak cieszyłam, gdy wróciliśmy późnym wieczorem do Santos. Zdala od szaleńców, przede wszystkim od psychola z gitarą, zgiełku,  tłumu i smrodu ulic.  Sao Paulo to miasto ludzi pracujących.  Wszyscy wydają się gdzieś spieszyć,  biec. Ulice i metra są pełne zestresowanych ludzi. Nikt się nie uśmiecha,  nikt nie obraca się za siebie, no chyba, że w grę wchodzi blondynka z Europy... :/

Chyba już tu nie wrócę.




Komentarze

Popularne posty