Chrystus Odkupiciel z Rio de Janeiro i Dziewczyna z Ipanemy
Gdy wyjeżdżaliśmy z Ilha Grande, nie było mi specjalnie żal. Na pewno widziałam piękniejsze i ciekawsze miejsca, i to za znacznie mniejsze pieniądze.
W drodze powrotnej chcieliśmy zatrzymać się na obiad w jakiejś "wsi" przed Rio. Jednak tuż przed samym centrum zorientowaliśmy się, że wszystkie mniejsze miejscowości są już dawno za nami. W imieniu wszystkich głodnych zaproponowałam, żeby zatrzymać się gdziekolwiek i po prostu coś zjeść, na co Ricardo odpowiedział bez chwili zastanowienia: "Jeśli zatrzymamy się tutaj i zobaczą, że mam numery rejestracyjne Sao Paulo, to tutejsza mafia wybije nam szybę, ukradnie wszystko, a na koniec nas porwie i zażąda za nas okupu." Gdy tak patrzyliśmy na niego bez słowa z rozdziawionymi gębami, przez moją głowę przeleciały różne obrazy z filmów sensacyjnych: opuszczony magazyn, kneble w ustach, liny, kajdanki, surowe ściany, kraty w oknach, pajęczyny...
Ricardo nagle zjechał z drogi, wjechał, pod prąd, w jakąś uliczkę, zatrzymał się przy pierwszej restauracji i powiedział: "zmieniłem zdanie, idziemy jeść". Typowy on :)
Gdy tylko otworzyliśmy drzwi, wzbudziliśmy nie lada zainteresowanie. Restauracja była pełna, i wszędzie cudownie pachniało grillowanym mięsem. W ciągu 10 minut obsługiwało nas 5 kelnerów i jedna kelnerka. Każdy subtelnie uśmiechał się w moją stronę, pytając - łamanym angielskim - czy czegoś sobie życzę. Nie pamiętam, żebym kiedyś została tak królewsko obsłużona :)
Kucharz podchodził ze świeżo upieczonym na ruszcie mięsem do stolika, i odkrawał porcję wołowiny, kurczaka czy wieprzowiny prosto na talerz. Wszystko było przepyszne!
Ni stąd ni zowąd padł komentarz Ricardo: "jesteśmy tu bezpieczni, służby specjalne są z nami". Gdy spojrzałam do stolika obok, zobaczyłam dwóch starszych panów z brzuszkami w obcisłych czarnych koszulkach z napisami sugerującymi rzeczywiście coś "specjalnego".
Gdy dotarliśmy wreszcie do mieszkania (znowu te korki!) rzuciliśmy plecaki i pobiegliśmy szybko na autobus, żeby jeszcze przed zachodem słońca odwiedzić wzgórze Morro do Corcovado ze słynną statuą Chrystusa Zbawiciela (Christ Redeemer), symbolem Rio de Janeiro. Wzgórze znajduje się około 740m n.p.m., na pieszą wędrówkę przez Park Narodowy Tijuca nie było już czasu, a przede wszystkim i sił. Zamiast pojechać do góry kolejką, wybraliśmy busa, który zatrzymał się jeszcze po drodze na tarasie widokowym, z którego mogliśmy podziwiać jeden z Siedmiu Nowych Cudów Świata.
Pomnik Chrystusa Odkupiciela skonstruowany został z okazji setnej rocznicy niepodległości Brazylii w 1921 roku....we Francji! Podobno nie wierzono, że zwykli budowlańcy byliby w stanie stworzyć takie dzieło. Tę 38-metrową figurę przetransportowano w kawałkach. Podobno głowę podzielono na 50 części! Dla ciekawości dodam, że konstruktor był polskiego pochodzenia (niejaki pan Landowski). A co!
Oczywiście miejsce to jest w 100% komercyjne. Sam dojazd na górę wraz z biletem do parku, w którym znajduję się posąg, kosztuje 90zł. Przy pomniku stoją oczywiście skarbonki, do których można dorzucić to, co nam jeszcze zostało w portfelu, oraz sklepiki z pamiątkami.
Gdy dotarliśmy pod sam pomnik, moją uwagę od razu przykuł tłum ludzi pozujących do zdjęć z szeroko rozpostartymi ramionami i równie szerokimi uśmiechami, na tle postaci Chrystusa. Coś w stylu: "patrz, potrafię tak jak Chrystus otworzyć ramiona!"
Efekt końcowy pewnie był taki, że oprócz szeroko uśmiechającego się pana X i jego szeroko rozpostartych ramion, na zdjęciu była jeszcze pani Y i pan Z, lewa ręka pana A i prawa pani B, i być może w tle widać było jeszcze posąg, i jego ramiona (ale za to nie poręczę).
Nie wiem, czy całe to zamieszanie z transportowaniem ton betonu z Francji było rzeczywiście takie potrzebne (w Brazylii wielu ludzi żyje na skraju ubóstwa, i nie koniecznie potrzebują gigantycznych pomników za gigantyczne pieniądze), ale muszę przyznać, że posąg jest imponujący. Ta postać z szeroko rozpostartymi ramionami, na tle błękitnego nieba, białych chmur i przebijających się promieni słońca, emanuje taką... potęgą i boskością. A może nawet poczuciem wolności?
Wieczorem mieliśmy w planie odwiedzić słynną Lapę - rozrywkową dzielnicę Rio. Jednak niebo zrobiło nam psikusa, i spadł ciężki, tropikalny deszcz... Błyskawice i krople uderzające o szyby wywołały we mnie jakieś dziwne zmęczenie. Położyłam się "tylko na chwilkę", i tyle mnie widzieli....
Po śniadaniu spakowaliśmy ręczniki, aparat i książkę i wyruszyliśmy oddać się plażowaniu. Gdy zbliżaliśmy się do słynnej plaży w dzielnicy Copacabana, wiedziałam już, że długo tam nie zabawię. Potężne, "komunistyczne" (w moim słowniku "komunistyczny" oznacza: ciężki, niezgrabny, szary, brzydki, z betonu i ze stali, kanciasty) drapacze chmur, następnie ruchliwa ulica, deptak z czarno-białych kostek, ułożonych na kształt fal, potem pas barów z piwem, hamburgerami, goframi itd, następnie biały piasek, i krążący po nim sprzedawcy: Caipirinhi, piwa, lodów, bikini, chust plażowych, zabawek, kapeluszy, bransoletek, pamiątek, herbaty, i miliona innych rzeczy, których nie zdołałam zapamiętać. Na szczęście potem widać już tylko ocean....
Przeszliśmy tę "słynną" plażę wzdłuż i wszerz (nadal nie znajdując w niej nic nadzwyczajnego), sprawdziłam jak smakuje tutejsze Acai, poużalaliśmy się jeszcze z garstką dzieci nad losem kolczatki (z brzuszkiem do góry....) i udaliśmy się w kierunku Ipanemy, będącej przedłużeniem Copacabany.
Od kiedy pierwszy raz usłyszałam piosenkę "Dziewczyna z Ipanemy"
(dla przypomnienia: Dziewczyna z Ipanemy - Jobim i Sinatra), koniecznie chciałam zobaczyć jak wygląda to miejsce, gdzie przystojny Antonio Carlos Jobim w latach 60tych popijając piwo zobaczył tę "wysoką, opaloną, młodą i uroczą" dziewczynę z Ipanemy.
Piosenka zyskała międzynarodową sławę i tłumaczona była na wiele języków, a dziewczyna została modelką, a nawet otwarła butik, którego nazwą był tytuł piosenki. Ja też chodziłam "w te i wewte" po plaży, próbując swojego szczęścia, jednak nie było chętnych na napisanie piosenki o "Dziołszce z Piekor". No trudno...
Ipanema, tak jak i Copacabana jest plażą miejską, i tak samo jest otoczona drapaczami chmur. Jednak ta plaża ma w sobie jakiś urok. Z jednej strony zamykają ją potężne skały, porośnięte kaktusami, ukochane miejsce wędkarzy i spacerowiczów, oraz park. Z drugiej strony, na zachodnim końcu plaży, na horyzoncie wyłaniają się "Dwaj bracia" (dwie góry o nazwie Dois Irmãos).
Ludzie uwielbiają tu uprawiać sport - jogging, jazdę na rowerze, rolkach czy deskorolce, gimnastykę... Gdy wpatrywałam się w fale, przed oczami "przeleciała" mi postać. Około 15 letni, niesamowicie wysportowany chłopak dosłownie "przeskakiwał" przez plażę w serii salt i gwiazd. Mimo, że nie umiałam dosłownie oderwać od niego wzroku, nie zdołałam zliczyć tych wszystkich wygibasów. Ahhhh, gdybym miała znowu 15 lat.... ;)
Gdy wracaliśmy z plaży poczułam nagle "małego głoda". I bardzo dobrze się złożyło, bo pewna pani właśnie sprzedawała coś bardzo interesującego: wyglądało mi to na prażoną na patelni grubo zmieloną mąkę kukurydzianą, która ostatecznie stapia się i tworzy swego rodzaju placek czy tortillę. Moja wersja była z bananami i mlekiem kondensowanym i była prawdziwą bombą kaloryczną na wielkiego głoda!
Tak zwany Street Food w Brazylii jest bardzo popularny, jednak opiera się głównie na wysokokalorycznych, przeważnie smażonych w głębokim tłuszczu, przekąskach. Nie miałam jeszcze okazji spotkać podczas podróży ulicznego jedzenia chociażby zbliżonego do tego z Indonezji. Tam na ulicach serwuje się prawdziwe, pełnowartościowe dania -od wszelkiego rodzaju warzyw z białym ryżem, przez smażone makarony i ryże, po ryby czy kurczaka. I do tego oczywiście świeże mleko kokosowe (właściwie to nie wiem, dlaczego mówi się na to mleko, skoro w innych językach nazywa się je wodą) albo mrożona herbata. Wszystkie te uliczne pyszności spożywa się spokojnie, siedząc wygodnie na gumolicie rozłożonym na chodniku, oczywiście... rękami.
Pycha!:)


:)
OdpowiedzUsuńfajnie!
OdpowiedzUsuń