Rio de Janeiro cz.2: Pão de Açúcar i Lapa


Nazajutrz, mimo pochmurnej pogody wybraliśmy się do kolejnej typowo turystycznej pozycji z listy "do zrobienia, jak już się tu jest" - Górę Cukrową, zwaną również Głową Cukru (Pão de Açúcar).
Wspominając teraz ten dzień, chciałam sprawdzić w internecie, jaką wysokość ma to wzgórze. Wpisałam w wyszukiwarce "Góra Cukrowa" i już miałam otworzyć wikipedię, gdy moją uwagę zwrócił pewien artykuł na temat tego miejsca. Był to fragment dziennika z podróży, napisany w roku 1930 przez niejakiego księdza Posadzy. Jego tekst kompletnie mnie zaskoczył i zachwycił. Niesamowite, w jak różny sposób różni ludzie, w różnym czasie odbierają podobne sytuacje i miejsca. Pozwolę sobie przytoczyć, jak tenże ksiądz 85 lat temu przeżył wjazd na Górę Cukru:

"Ruszamy powoli. Prawie natychmiast wzbijamy się w górę, coraz dalej, coraz wyżej. Domy maleją. 
(...) Niektórych strach chwyta za gardło. A my wciąż płyniemy w roześlniony błękit nieba, coraz wyżej, wyżej.
Dojeżdżamy do Urki. Jest to niejako podnóże Góry Cukrowej. Motorowy opowiada nam, że przed paru miesiącami Urka zapchana była mrowiem ludzkiem, gdyż nad zatoką i miastem krążył poraz pierwszy niemiecki sterowiec, który przybył tu wprost z Europy.
Urka ma bujną roślinność. Gęste zarośla trzciny takuary tworzą jak gdyby jakieś fantastyczne girlandy. Egzotyczny obraz wypełniają palmy, butiugi i drzewa z gatunku biguonji, paproć drzewiasta i bambusy. Niektóre z nich kwitną, toć zbliża się wiosna. Istny zgiełk kolorów i odcieni. Melodyjnie śpiewają tangary i podsrokosze. Wielkie żuki przeszywają powietrze. Mienią się, jak najdroższe opalizujące kamienie. Nad nami latają ogromne motyle, co mają skrzydła malowane srebrem i złotem. Przyroda śpiewa cichą symfonję na cześć swego Stwórcy. A w dole Atlantyk przewala swe fale, co spienione uderzają o zręby skalne i znowu wstecz się cofają. Rzucają bryzgi dokoła, huczą razem z poświstem wiatrów i nucą mocarny hymn na Jego cześć.
Inny wagonik kolejki linowej wiezie nas już na sam szczyt. Cichy zgrzyt w uzębieniu górnych kół, co ślizgają się po linie stalowej. Pod nami Atlantyk spieniony, szalejący. Krew się ścina w żyłach, bo nużby lina pękła lub sprzęgła się zerwały! Jesteśmy na wysokości 400 mtr. Ale płyniemy coraz wyżej, wyżej i wyżej!!" 
(X Posadzy. Druk: „Kurjer Poznański” 514(1930), s. 1-2.)

Żałuję, że nie miałam i nie będę już miała okazji spotkać tego człowieka.
W obliczu tego pięknego i pełnego emocji tekstu, opis moich odczuć wyglądałby tutaj co najmniej śmiesznie. Ze swej strony mogę jedynie dodać, że również przeżyłam chwilę grozy, wjeżdżając kolejką linową (teraz już szybką i nowoczesną) na pierwszą górę, Urca. Wjazd na Głowę Cukru o wysokości 396m (sprawdziłam wreszcie!), skończył się rozmową o "walce z naszymi wrodzonymi lękami" z jakąś miłą starszą francuską, którą prawdopodobnie zmartwiło moje dziwne zachowanie....





Gdy już doszłam do siebie najpierw odwiedziliśmy egzotyczny ogród, o którym tak pięknie pisał ksiądz Posadzy. Aby turyści mogli "zbliżyć się" do przyrody, zamiast zwykłej ścieżki, postawiono tam drewnianą konstrukcję, coś w rodzaju "podwyższonej alejki". Dzięki temu mogliśmy oglądać palmy, bambusy, paprocie i liany z nieco innej perspektywy niż w dżungli na Ilha Grande. Niestety nie widziałam tam ani tangrarów, ani podskroczy, ale być może dlatego, że pojęcia nie mam jak te zwierzęta miałyby wyglądać. A zamiast "wielkich żuków", komary "przeszywają tu powietrze".


Widok z Głowy Cukru przekroczył moje najśmielsze oczekiwania. Nastawiłam się na kolejny komercyjny punkt naszej podróży, a na górze... oniemiałam z zachwytu. Z jednej strony bezkresny ocean, z drugiej potężne góry. Pod nami Zatoka Guanaraba, a w niej jakby porozrzucane maleńkie jachty, wokół piękne plaże, potężne miasto, lotnisko i latające dookoła samoloty, a tu i ówdzie wyłaniające się z wody góry i wyspy. Zielona roślinność, niebieska woda, błękitne niebo. I wszystko takie piękne i maleńkie, jakby na wyciągnięcie ręki.



Wieczorem udało nam się wreszcie dotrzeć do najbardziej rozrywkowej dzielnicy Rio - Lapy. W jej centrum znajduję się - trochę jakby wycięty z podręcznika do historii - akwedukt. Zbudowany podobno został w 18. wieku przez kolonizatorów, ale tak bardzo nie pasuje mi do całości tego "obrazu", że byłam wtedy w stanie założyć się o butelkę Cachaçy, że to "widzimisie" jakiegoś współczesnego artysty.
Lapa od lat 50. jest centrum kulturowym Rio i ulubionym miejscem muzyków i artystów. W ciągu dnia można tu podziwiać zabytki architektury, park i przepiękne graffiti na ścianach domów i barów, a także spróbować brazylijskiego jedzenia w jednej z licznych restauracji.


Po zachodzie słońca natomiast miejsce to staje się prawdziwym sercem Rio, które bije w rytm samby, forro i jazzu. W weekendy jest to ulubione miejsce artystów, turystów, a także mieszkańców tego miasta. Na ulicach sprzedaje się piwo, papierosy i robioną na miejscu Caipirinhę (czasem nawet w słoiku!).



Mimo, że odwiedziliśmy Lapę w ciągu tygodnia, kiedy to można tam spotkać zaledwie 5 % z tego tłumu, który dociera tam w weekendy, jednak ulice i tak były pełne ludzi. Spacerując wzdłuż rozbrzmiewających salsą barów i restauracji, średnio co 50 metrów spotykaliśmy policjanta, prostytutkę, drag queen i sprzedawcę Caipirinhi - mieszanka iście wybuchowa.

Gdy zapuściliśmy się w boczne uliczki,  ulegając urokowi kolorowych malunków na ścianach kamienic, poczułam się dość nieswojo.  Niepokojąca cisza i spojrzenia mijających nas młodych, niezbyt przyjaźnie wyglądających mężczyzn (i ewentualnie drag queen, których nie miałam odwagi uwieczniać na zdjęciach w tych okolicach) przywołały do głowy ostrzeżenia znajomych Brazylijczyków o wysokiej przestępczości w wielkich miastach tego kraju.  Miałam nie włóczyć się a) wieczorami i nocą b) po ciemnych uliczkach c) w miejscach mało turystycznych d) z aparatem e) z widoczną biżuterią. Ani biżuterii, ani, tym razem, aparatu ze sobą nie miałam, ale i tak złamaliśmy wszystkie reguły. A na dodatek nie umiałam sobie odmówić kilku zdjęć, więc komórka i tak w końcu była na widoku. Jako, że w żaden sposób nie chciałam nikomu z tych "uroczych osobników" wchodzić w drogę, poruszałam się slalomem - raz po ulicy, raz po chodniku, żeby przypadkiem nikogo nie drasnąć, czy, broń Boże!, szturchnąć. Tak, przyznaję, że od spotkania z gwiezdnym gitarzystą zrobiłam się trochę "nad-płochliwa". Strzeżonego Pan Bóg strzeże.



W pewnym momencie zza zakrętu wyłoniły się... schody. Nie jakieś tam zwykłe uliczne schody, ale magia kolorów, kształtów i wzorów. Prawdziwy majstersztyk!


Ta urzekająca mozaika z porcelany i płytek z przeróżnych części świata (często są na nich napisy), bazuje na trzech kolorach flagi Brazylii - niebieskim, zielonym i żółtym. Escadaria Selarón (Schody Selarona) to dzieło artysty z Chile, Jorge Selarona, który stworzył je podobno w hołdzie Brazylijczykom. Mieszkał tu od roku 1980 (zaraz obok schodów) i od 1990, aż do swojej śmierci, w 2013r dekorował pilnie te 215 stopni płytkami ceramicznymi i porcelaną zebraną z niemalże całego świata. To się dopiero nazywa "święta cierpliwość", ja przy 5. stopniu zaczęłabym już rzucać płytkami....


Trzeba przyznać, że schody Selaron to niezwykle barwny i wesoły akcent w sercu Lapy,
a dla mnie to już prawdziwy symbol Rio de Janeiro!







Gdy nadszedł czas powrotu do mieszkania uparłam się, żeby jednak nie wracać taksówką, tak jak wcześniej planowaliśmy, ale pojechać nocnym autobusem. Znaleźliśmy przystanek i nawet kilku ludzi na nim czekających. 50 metrów dalej znajdowało się zaplecze restauracji, z dużym oknem, w którym widać było plecy saksofonisty i plątaninę kabli. Grano akurat koncert jazzowy. Tuż przy oknie tańczył jakiś bezdomny, ubrany różne dziwne łachmany. Powiedziałam tańczył? Przepraszam, on był w prawdziwym stanie ekstazy! On nie tylko tańczył jazz - on STAŁ SIĘ jazzem! Skacząc, wyginając się i podśpiewując wyglądał na najszczęśliwszego człowieka na ziemi. Stojąc na przystanku, przez który od czasu do czasu przechodzili wracający z imprezy lokalni, a także ludzie, którzy ewidentnie widzieli coś, czego myśmy nie widzieli i mówili do kogoś, kogo również nie udało nam się zlokalizować, mieliśmy idealny widok na naszego Jazzmana. A do tego całkiem sporo czasu: z 6 autobusów, które pojawiły się w ciągu pierwszej pół godziny - żaden nie jechał w naszą stronę... w Brazylii coś takiego jak rozkład jazdy nie istnieje, ba!, nie ma prawa istnienia, skoro autobusy i tak "jeżdżą tak jak chcą", a właściwie tak, jak im na to ruch drogowy pozwala. W skrócie - tragedia!
Chociaż przyznam, że w porównaniu z Indonezją, w której to przez kilka miesięcy pobytu NIGDY nie udało mi się pojechać autobusem, to i tak nie jest źle. Tak więc po pół godziny czekania zaproponowałam, żeby jednak wziąć taksówkę, jednak stwierdziliśmy, że "jak już tyle wystaliśmy to jeszcze chwile poczekamy". W tym momencie do naszego amatora jazzu, dołączył kolejny - zrobiła się już niezła impreza. Minęło kolejne 15 minut - autobusu jak nie ma tak nie ma, za to do naszego duetu dołącza piękna pani w średnim wieku. Całe szczęście, że trafiliśmy na taki piękny i relaksujący występ, bo gdy po 1 godzinie i 15 minutach, około 3 w nocy, wreszcie przyjechał nasz autobus, moglibyśmy zrobić kierowcy krzywdę...

Rano byliśmy już w drodze na lotnisko, skąd wracaliśmy do Sao Paulo.



Komentarze

Popularne posty