One night in Bangkok
To po krótce o naszej podróży do Bangkoku, stolicy sexu i dzikiej zabawy.
Po sympatycznym dniu spędzonym w stolicy (Polski) u Henrique'a, rano po jajecznicy pozbieraliśmy plecaki i wzięliśmy taxi na lotnisko (bo (tudzież gdyż) oczywiście nie zdążyliśmy na autobus). Na lotnisku łaziła za nami Socha w futrze, a potem grałam Chopina na fortepianie za 194.000 PLZ (słownie: sto dziewięćdziesiąt cztery tysiące polskich złotych). Potem 6 godzin w samolocie, który miał być super luksusowy - pierwszy raz leciałam Emiratami- a niczym nie odbiegał np. od tego Air Iberia, oprócz tego że załoga Emirates operowała - jak zapewniał nas stewardesowy szefu - 14 językami, natomiast hiszpańska załoga władała tylko językiem ojczystym, jeśli nie liczyć kilku słów angielskiego z wyraźnie sepleniącym S. Na pokładzie samolotu lecącego do Emiratów Arabskich kilku Polaczków z wygolonymi głowami (to pewnie ci z demonstracji na 11 listopada) zdążyło się już nieźle przygotować do swojej dzikiej wyprawy do Tajlandii, oprozniajac pokładowy zapas alkoholu.
Po 5 godzinach na lotnisku w Dubaju, gdzie czekała mnie "manualna" kontrola w damskiej przebieralni, kolejne cyrki z rozrusznikiem a potem kolejne 6 godzin w samolocie.
Pobyt w Bangkoku zaczął się od kłótni z taksówkarzem, który na starcie wziął mnie za tlenioną blondynkę z kasą. I tu się pan nieco przeliczył, bo włosów to ja nigdy nie kolorowałam, a kasa też nie specjalnie się mnie trzyma, więc zamiast 500 bahtów zapłaciliśmy 280. Szybki prysznic i koleją powietrzną BTS (skytrain) pojechaliśmy za 42bht (ok.4zl) do położonej najbliżej centrum stacji, victory monument, czyli standardowo ciężkiego, szarego i wielkiego pomnika zwycięstwa. Przyjechaliśmy pół miasta w zaledwie 20 minut.
Stamtąd jednak skusiliśmy sie na autobus za 3 bht, czyli ok. 30gr, i dalszy odcinek drogi do Khao San road - wg przewodników - mekki backpackerów spędziliśmy w godzinnym korku w saunie (chociaż może Mekka nie jest tu zbyt trafnym określeniem..) W każdym razie byłam o krok od samo-spoliczkowania, z obawy przed utratą przytomności. Gdy tylko wypuszczono nas z autobusu ruszyliśmy na polowanie. Zjedliśmy tajską zupę z nudlami w rozklekotanej budce przy ulicy za jakieś 3 zł. Zapach przypraw, smażonego jedzenia i benzyny przywrócił wspomnienia z Indonezji. Razem z moim przyjacielem Upe zaraz po pracy braliśmy motory i wyjeżdżaliśmy na podbój Surabaya. Ulice pełne ludzi, motocykli i skuterów, wszędzie zapach jedzenia i paliwa. Na chodnikach gumolity, niskie stoliki i mini lady sklepowe, zazwyczaj na kółkach, jedzenie najwyżej klasy za najniższe pieniądze, i do tego wszędzie te uśmiechy na twarzy.... Aż łza zakręciła mi się w oku na samo wspomnienie. Jedzenie tajskie jest prawie tak samo pyszne jak indonezyjskie. Jest też prawie tak samo ostre. W Tajlandii je się dużo curry, ryżu, makaronu, różnego mięsa i warzyw. Tu je się pałeczkami. W Indonezji rządzi sambal, czyli ostry sos z chilli, pomidorów i oleju, je się raczej ryż, a wieprzowine można znaleźć tylko u chińczyka. Jada się na podłodze, rękami.
Po sentymentach, doładowani dawką curry i chilli zaczęliśmy przemierzać wszystkie ulice, uliczki i zakamarki. Przypadkowo trafiliśmy do świątyni, którą w planie mieliśmy następnego dnia -Wat Suthat. Było już ciemno i późno, więc podeszliśmy tylko do bramy, żeby zerknąć do środka. W naszą stronę wyszedł mnich w pomarańczowych szatach. Czytałam że na mnichów nie powinno się zerkać ani do nich mówić, wiec udałam niewidzialną. A ten ku mojemu zaskoczeniu zaprosił nas do środka na modlitwy! Świątynia była wypełniona figurami Buddy i pięknymi malowidłami . Ludzie siedzieli na podłodze i śpiewali modlitwy w dość monotonnej melodii. Po kilku minutach daliśmy się porwać tej niesamowitej, wyciszającej atmosferze.
Khao San road nie jest na pewno miejscem dla backpackerów z mojego świata. - raczej dla turystów nastawionych na imprezowanie . Jest to ulica pełna barów, knajp , pubów i hosteli. Z każdego miejsca leci inna muzyka - od hard rocka przez reagge do techno, każdy próbuje zagłuszyć sąsiada, a naganiacze przekrzykują się wzajemnie. Mimo, że w Tajlandii nie pije się alkoholu, tu promuje się wszystkie możliwe trunki. Gdy już przepchalismy się przez tłum zobaczyłam panią od dredów, warkoczyków i innych ozdób do włosów. .no i mam nowego warkoczyka. Brazylijski wytrzymał zaledwie 4 miesiące, zobaczymy jaką datę ważności mają te tajskie. Szybkie smażone nudle i czas wracać do hotelu. Po drodze pozwiedzaliśmy jeszcze okolice obserwując nocne życie miasta. Na ulicach oferowane są takie atrakcje jak np. masaże, koncerty na żywo, czy smażone insekty, gady i płazy. Obiecałam nie jeść już żadnych grillowanych węży, ale skusilam się na jakiegoś małego tłustego robaka, który był absolutnie bez smaku. Potem taxi do BTS, i tak bardzo upragniony sen...





czekam na wiecej emocji,wyprawa do Brazyli trzyala bardziej w napieciu.Czeka na rozwoj sytuacji
OdpowiedzUsuńPrzyjemności, niech plecaki będą Wam lekkie!! ps. Czekam na kolejne kulinarne rozprawy :D
OdpowiedzUsuń