"Jedyny i autentyczny" floating market
Brutalna pobudka po kilometrach wędrówki i zaledwie 4 godzinach snu. O 5:30 byliśmy już w drodze na pływający market, 105 km za miastem. Kierowca mini wana, pan w dużym kapeluszu I z papierosem w buzi, wykrzykujący półsłówka i robiący dużo niepotrzebnych kroków dookoła własnej osi wyglądał jak wyjęty z filmu "Most na rzece Kwai" oficer pastwiący się nad amerykańskimi żołnierzami. Jego rolę uwieńczało ciągłe spluwanie. Byłam tak śpiąca, że nie zadawałam sobie specjalnego wysiłku żeby zrozumieć jego wojenny tajsko-angielski, i kiwałam głową potakując.
Targ wyglądał pięknie: sieć kanałów nad małymi drewnianymi domkami na palach, mnóstwo długich wąskich łodzi, zarówno tych wiosłowych, jak i tych nowoczesnych - motorowych, wszytko jakby pokolorowane żółcią bananów, pomarańczem mango, czerwienią chilli czy bielą ryżu. W powietrzu unosił się zapach smażonych bananów, gotowanego ryżu z mango, i paliwa. Ludzie podawali sobie zamawiane towary z rąk do rąk, z łodzi do łodzi, jeden przekrzykiwał drugiego targując cenę.
Jednak miejsce to zostało juz kompletnie pozbawione swojej oryginalności, a to za sprawą wzrastającej turystyki i popytu na "autentyczną" kulturę. Ceny oferowane na targowisku są wyższe niż w Polsce. Targowanie oferty przebitej o jakieś 600% wartości towaru mija się dla mnie z celem. Byłam nieco zniesmaczona. Wiedziałam, że Tajlandia to nie Indonezja, że to kraj bardzo skomercjalizowany, jednak gdzieś tam głęboko była iskierka nadzieji, że może jednak się mylę. Czułam się zawiedziona obserwując te tlumy turystow, głównie z Niemiec, Chin, Szwecji, Holandii i Anglii, kupujących, co popadnie, i ceny prawie jak u naszych zachodnich sąsiadów.
Wycieczka łodzią była jak na otarcie łez. Pływaliśmy po kanałach, między drewnianymi domami i warsztatami pracy, zbudowanymi na palach, obserwując życie tubylców: ich pracę, odpoczynek, kąpiel, pranie, zabawy z dziećmi, ich ciężką i ubogą codzienność, ale też radość. Przynajmniej to życie zwykłych ludzi wydawało się autentyczne, nie byłą częścią tego całego spektaklu pod turystów.
Po powrocie do centrum skusiliśmy się na zasłużony pólgodzinny masaż stóp, za 150 bht od osoby. Po 3 minutach odpłynęłam do innej sfery...
Smażone nudle na ulicy i powrót do hotelu po plecaki. Po dwóch godzinach w BTS i autobusie dotarliśmy na lotnisko, gdzie czekała nas niekończąca się odprawa. Jeden plecak zostawiliśmy w przechowalni . W końcu dotarliśmy do Siem Reap w Kambodży, gdzie wśród wielu uśmiechniętych twarzy dojrzeliśmy pana od tuka tuka z kartką z napisem 'Agata Skrzydlo'...


Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia