Jedziemy do dżungli!
Do Bangkoku dolecieliśmy ok 23.00. Wskoczyliśmy z plecakami na dwa motory -taxi i pojechaliśmy do małego, brudnego hotelu przy lotnisku. Szybkie przepakowanie , krótki sen i powrót na lotnisko. Kierunek: południe, Surat Thani.
Z lotniska godzinny shuttle bus za 100 bht do miasta, a stamtąd mini van za 200, który zawiózł nas do Khao Sok w dwie godziny. Tam czekał już na nas Tawee ze swoim pick upem, żeby zabrać nas do Green Mountain View hotel. Juz po widok ach, które mogliśmy podziwiać w drodze do Khao Sok wiedzieliśmy, że jedziemy do prawdziwej dżungli. Zielona, gęsta przyroda, bardzo wysokie drzewa, liany, tu i ówdzie strzeliste góry, i brązowa, przecinająca cały ten krajobraz rzeka, rodem z Amazonii. Nasz bungalow znajdował się w centrum tego wszystkiego, obok jednej z gór, przy samej rzece. Drewniany domek na palach, pokryty pnączami, na tarasie hamak. Wokół dużo roślinności, czerwone, białe i żółte kwiaty i śpiew świerszczy i cykad. Pierwsze wrażenie - bezcenne. Gdy otwarliśmy drzwi - zamarłam: wszystko z drewna, na środku piękne duże łoże z wielką moskitierą, o której tak marzyłam od dziecka. Łazienka pod gołym niebem przeplecionym gałęziami drzew i pnączami, ściany z kamieni. W kącie czekał już nas pan ślimak, gdzieś znowu przebiegła jaszczurka...
Po kąpieli poszliśmy przywitać się z rodziną gospodarza. Jak się okazało, o samodzielnych wycieczkach do dżungli mogliśmy zapomnieć. Zdecydowaliśmy się na wieczorny trekking na słoniach oraz na wyjazd nad jezioro w parku narodowym Khao Sok. Poszliśmy na godzinny spacer po okolicy, z czego pół godziny uczyłam się puszczać kaczki na wodzie. Czego Agatka za młodu się nie nauczyła, tego Agata tez juz nie opanowała - dwa odbicia to szczyt moich możliwości. Gdy wróciliśmy zadowoleni I pełni nowej energii, i świeżego powierza w płucach do domku, ni stąd ni zowąd zaczął lać ciężki tropikalny deszcz.... to był prawdziwy koncert. Potężne krople deszczu odbijające się o nasz dach, cykady wykrzykujące alarm na najwyższych nutach i cykające świerszcze. Gdy po 4 godzinach przestało padać, wyszliśmy na zewnątrz. Wszystko dookoła zamieniło się w błoto. Wieczór spędziliśmy wesoło przy śpiewie z gitarą z czwórką sympatycznych Niemców, dopełniając muzykę fauny i flory. Ale się działo...!
Nazajutrz musiałam niestety odwołać wyjazd nad jezioro, gdyż Ayltona dopadła klątwa faraona w wersji tajskiej. W odpowiedzi usłyszałam, że to dlatego, że zjedliśmy kolację we wsi, zamiast w restauracji resortu, czytaj u żony szefa. No cóż, tajska gościnność tez bywa przereklamowana ( Zresztą, to tak jakby oceniac tę słynną polską gościnność na postawie obsługi klienta w Krakowie, czy to w restauracji, czy w sklepie). Dzień na szczęście i tak był deszczowy, więc nie straciliśmy wiele. Postanowiliśmy przedłużyć pobyt w dżungli o jeden dzień i juz wieczorem, m.in. dzięki dobrze wyposażonej apteczne , wybraliśmy się na trekking na słoniach.
Przez pierwsze 10 minut byłam sparaliżowana ze strachu, przede wszystkim wtedy, gdy to potężne zwierzę zaczęło wchodzić na stromą górę bo błocie. Juz sobie wyobrażałam jak jego wielka noga ujeżdża w bagnie, a my lecimy kilka metrów w dół (plus ze 3 metry samego słonia). Ostatecznie przyzwyczaiłam się do tej wysokości i nachylenia terenu. Słoń od czasu do czasu zatrzymywał się, żeby przegryźć jakieś pnącza, odgarnąć trąbą muchę z głowy, czasem sikał strugami, a na do widzenia zrobił wielką słoniową kupę. W gruncie rzeczy, jak na takie wielkie i niebezpieczne zwierzę (jedno z najbardziej niebezpiecznych na świecie, już Hanibal skorzystał z tej wiedzy dawno temu) wydawał się całkiem sympatyczny. Nie wyobrażałam sobie Tajlandii bez słonia, jednak poczułam się trochę nieetycznie. Ile takich rundek to zwierzę musi robić w ciągu dnia? Czy nie jest to wbrew jego naturze? Z drugiej jednak strony: czy konie i kucyki pony w Polsce też nie wolałyby żyć na wolności? ...
Park narodowy Khao Sok
Wczesna pobudka i wyjazd nad jezioro w parku narodowym, położone około 65 km od naszego resortu. 300bht za wstęp do parku I juz mogliśmy płynąć tzw long tail boat (podłużna, wąska Łódź z ogonem) w stronę słońca.. następnie trekking po dżungli z szalonym przewodnikiem, gadającym ze zwierzętami: syczał, gwizdał, jęczał, kwiczał, wzywając do siebie małpy czy ptaki. Wsadzał ręce do nory tarantuli, grzebał w ziemi, szukając jakiś skarbów, robił nakrycia głowy z liści i naszyjniki z kwiatów.
Gdy dotarliśmy nad jezioro nasz przewodnik wyciągnął z plecaka, to, co gusia lubi najbardziej - słodycze! I to nie byle jakie, bo tutejsze smakołyki: słodki kleisty ryż zapieczony z czerwonym batatem, zawiniety w liść bambusa oraz smażone kulki z banana i kokosu. Pyszne i na prawdę sycące.
Po chwili odpoczynku wskoczyliśmy na bambusową tratwę, która zabrała nas do jaskini wypełnionej stalaktytami, stalagmitami i stalagnatami - pamiętam z podstawówki ;)
Potem już tylko rejs po jeziorze i przepyszny obiad nad wodą - oczywiście świeża ryba, i mnóstwo owoców. I te widoki zapierające dech w piersiach - całe szczęście, że wokół tyle świeżego powierza! Turkusowe jezioro, błękitne niebo, zielona roślinność, czerwone, żółte i białe kwiaty, brązowe konary drzew, których bujne korony sięgają nawet 300 metrów, a do tego bogata fauna- oprócz pająków, komarów i małp, dużo motyli i kolorowych, pięknie śpiewających ptaków, a także i węży, słoni czy tygrysów, których na szczęście nie mieliśmy przyjemności spotkać.
Chwila relaksu w cieplutkiej wodzie - wypożyczyliśmy sobie kajak, ciesząc się piękną, słoneczną pogodą, i powrót przez dżunglę , już w deszczu.
Po powrocie poszliśmy zamówić transport na Koh Lantę, którą to wyspę wybraliśmy spontanicznie jako następny cel naszej podróży. Miała być wyspa Koh Phi Phi a po drodze Krabi, ale (jak się potem okazało- na szczęście!) udało mi się przekonać Ayltona, żeby pojechać w spokojniejsze i mniej turystyczne miejsce. W recepcji spotkaliśmy parę starszych Francuzów, którzy narzekali francusko-angielskim na tutejszą 'gościnność'.


Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia