Jedziemy na plażę!
Gdy nazajutrz przyjechał po nas mini wan (700bht bezpośrednio na koh lantę) okazało się, że Francuzi jadą razem z nami. Ann -Marie i Richard okazali się zrzędliwą, a jednocześnie przeuroczą parą emerytowanych nauczycieli z alpeskiej wioski. Ciągle się przekomarzali - on narzekał na nią do Ayltona po hiszpańsku, machając rękami i naśladując jej skrzeczący głos, ona natomiast mówiła na niego 'papa', skarżąc mi się, że jest stary i nic mu się nie chce. Oczywiście wszystko z przymrużeniem oka. Oboje byli w podróży od miesiąca, jeżdżąc pociągami, autobusami i na rowerze. Podróżują od lat, zwiedzając Europę, Azję i Amerykę Pd. Jeżdżą na rowerze, chodzą na długie spacery w górach, snorklują, uprawiają narciarstwo biegowe. Eh... żebym ja miała tyle energii...
Czekając w Krabi na prom zamówiliśmy w porcie bungalowy na południu Koh Lanty. Na promie spotkaliśmy przesympatyczną włoską rodzinę, było dużo gestykulacji i śmiechu.
Po drodze do resortu mijaliśmy kilka meczetów i sporo kobiet w burkach (na skuterach!). Nie, żebym miała uprzedzenia - ale pamiętam jak wyglądało plażowanie na Jawie - kobiety wyłącznie w kolorowych kombinezonach zakrywających całe ciało. A ja na prawdę mialam ochotę zrzucić wreszcie z siebie te wszystkie ubrania i wskoczyć w bikini!
Koh Lanta okazała się strzałem w dziesiątkę. Cisza, spokój, nie wiele ludzi, żadnego disco polo czy techniawy na plaży - wymarzone miejsce na odpoczynek. Nasz domek za 400 bht znajdował się kilkanaście metrów od plaży, restauracja hotelowa -nad samym oceanem. Woda w oceanie ciepła jak w jacuzzi, a w tle cudowny zachód słońca i niebo mieniące się odcieniami pomarańczu, czerwieni i fioletu. Gdy wieczorem spacerowaliśmy po plaży, wiedzieliśmy, że to był najlepszy wybór. Prawie połamaliśmy sobie karki, gapiac się w czarne niebo, pokryte milionami gwiazd. Mogłabym przysiąść, że widziałam drogę mleczną.
Gdy taka pełna euforii, ale i bardzo zmęczona wróciłam do pokoju, mój żołądek odmówił posłuszeństwa. Czar prysł. Wymiotowałam prawie bez przerwy przez 16 godzin, obawiałam się, że za niedługo zwrócę rozrusznik i serce. Poddałam się I zadzwoniłam do ubezpieczalni. Kolejne przełączanie automatycznych wiadomości kosztowało mnie 70 zł. Gdy po 6 godzinach wreszcie pojawił się lekarz, byłam już po kuracji całą gamą leków z apteczki i wygazowaną colą. Mimo protestów, wpakowowano mnie do karetki i zawieziono do szpitala. Byłam przerażona, że ostatnie dni urlopu spędzę znowu w obskurnym pokoju w wykrochmalonej pościeli. Moje obawy były jednak na wyrost. Podlączono mnie do kroplówki i położono w pokoju z wielkim łóżkiem, piękną pościelą, telewizorem z DVD... I widokiem na ocean! To się dopiero nazywa opieka zdrowotna! Po kilku godzinach i kilku litrach różnych płynów i antybiotyków, udało mi się przekonać lekarzy, że jestem w świetnej formie (co nie było do końca prawdą). Dostałam całą reklamówkę leków i wróciliśmy do naszego skromnego bungalowu, gdzie mogłam powoli planować dalszą podróż...
Po około 15 godzinach snu byłam już bardzo zmęczona tym chorowaniem. Wynajęliśmy więc skuter, żeby pozwiedzać trochę wyspę. Wreszcie mogłam wskoczyć na 2 kółka i poczuć trochę wiatru we włosach.
Po około 15 godzinach snu byłam już bardzo zmęczona tym chorowaniem. Wynajęliśmy więc skuter, żeby pozwiedzać trochę wyspę. Wreszcie mogłam wskoczyć na 2 kółka i poczuć trochę wiatru we włosach.
Ludzie na Koh Lancie nie jeżdżą tak wariacko jak na stałym lądzie, są spokojniejsi, nigdzie się nie spieszą. Dziwne, ale to samo zauważyłam na innych wyspach: na Mauritiusie, na Bali, na wyspach greckich, włoskich, hiszpańskich czy brazylijskich. Ludzie mieszkający na powierzchni ziemi, otoczonej ze wszystkich stron wodą różnią się od tych, mieszkających na stałym lądzie. Są spokojniejsi, mniej zestresowani, i jakby szczęśliwsi. Nie spotkałam w życiu sympatyczniejszych i bardziej optymistycznie nastawionych do świata osób, niż tych z Mauritiusa. Ludzi, którzy bez względu na status społeczny i zawartość portfela potrafią się cieszyć z małych rzeczy.
Jednak, jak to na tropikalnych wyspach, pogoda i na Koh Lancie jest absolutnie nieokiełznana. Gdy pływaliśmy sobie na jednej z pięknych plaż, na której oprócz setek krabów było tylko kilku osób, niebo nagle zrobiło się czarne. Wyglądało to pięknie w połączeniu z lazurem oceanu ale nie zapowiadało nic dobrego. I tak jak się spodziewaliśmy, nie udało nam się uciec przed owocem tych barw. Ciężki, tropikalny deszcz dorwał nas w połowie drogi. Całe szczęście, że miałam doświadczenie z Indonezji, gdzie powodzie w czasie jazdy na motorze - w okresie deszczowym są praktycznie nieuniknione. W deszczu i ciemności, oślepieni światłem nadjeżdżających z na przeciwka samochodów dosłownie kulaliśmy się w kierunku naszego ośrodka. Gdy wreszcie po ponad godzinie jazdy w strugach deszczu dojechaliśmy na miejsce, miałam trudności ze zdjęciem ubrań, które były już praktycznie przyklejone do mojego ciała. No cóż, przygody muszą być! Szkoda tylko, ze pod prysznicem zimna woda...


Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia