Kraj jednego dolara - Kambodża
Gdy tylko dotarliśmy do naszego hotelu w całej wsi wysiadł prąd. Pani poprowadziła nas z latarką do pokoju i zaproponowała, żebyśmy poszli pozwiedzać okolice. To się właśnie nazywa troubleshooting.
Dotarliśmy do najgłośniejszej ulicy w mieście, gdzie na przywitanie koleś chciał nam sprzedać kokainę i marihuanę. Cała ulica miała długość około 500m, a w trakcie spaceru po niej zaproponowano nam ten sam towar 5 razy. Każdy budynek to pub lub dyskoteka, w każdym miejscu inna, potwornie głośna muzyka. Turyści pijani czy na haju, gdzieś z daleka słyszałam jakąś piosenkę Ewy Farny i pijaną blondynkę w mini spódniczce drzącą się do muzyki. Gdy tylko Aylton wszedł do kantoru, jacyś pijani kolesie zaczęli wyznawać mi miłość. Ewakuacja natychmiastowa. Na dodatek w restauracjach ceny 5-15 $ za to, co w Bangkoku kosztowało 50-150 baht (5-15 zł). Czy to jakiś żart??? Kambodża - kraj trzeciego świata, na skraju nędzy, za to ceny i nocne życie jak w Amsterdamie. Poczułam się oszukana.
Odeszlismy trochę od centrum, żeby zjeść jakiś street food. Nagle wybiegła do nas około 9 letnia dziewczynka proponując nam smażone nudle. Spojrzeliśmy na siebie, a ona w międzyczasie zrzuciła z krzesła starszą koleżankę, pociągnęła nas za ręce i posadziła przy plastikowym stoliku na chodniku, po czym weszła na taboret i zaczęła wrzucać na rozgrzaną patelnię różne składniki. Gdy zapytała nas jakby nigdy nic, czy lubimy pikantne nie byliśmy w stanie jeszcze wydusić z siebie słowa.
Nie było to najsmaczniejsze danie mojego życia, ale na pewno warte zapamiętania. Dziwnie się czułam dając temu dziecku 3$- jakbym popełniła zbrodnię wychowawczą. Ale trzeba tutaj przyznać, że ta 9 latka była bardziej rozgarnięta i przedsiębiorcza, i mówiła lepiej po angielsku, niż nie jeden dorosły. Tylko czy tak wyglądać powinno dzieciństwo? ...
Na dobranoc pyszny shake mango-ananas od miłego, starszego pana i pół godzinny masaż pleców i karku w sąsiedztwie koncertu na żywo (za jakieś 3$).
Angkor Wat
Nazajutrz upragniony Angkor Wat. Pojechaliśmy z jednym z niewielu kierowców tuk tuka, którzy namawiali na swoje usługi uśmiechem, a nie opowieściami o trudnej sytuacji, braku pracy czy chorobie. Na każdym kroku ludzie próbowali "wziąć nas na litość", opowiadając jakąś historię lub wysyłając do nas dzieci. Mieliśmy poczucie jakbyśmy przyjechali na misję czy wolontariat, a nie w celach turystycznych. W dodatku efekt był zupełnie odwrotny. Odczuwałam niesmak z tej sytuacji, czułam, że mam na czole napis "pieniądze" i każdy chce ze mnie wyssać, ile się da.
Kupiliśmy bilet trzydniowy do tego kompleksu świątyń cenie 40 $, z kierowcą umówiliśmy się na dwa dni za 30 $. Jeśli doliczyć to do wizy- 30$ od osoby to na dzień dobry 170 $ mniej w portfelu.
Angor Wat to największy i najważniejszy kompleks swiatynny na świecie, zajmujący powierzchnię około 400km2. Znajduje się około 10 km od centrum Siem Reap, które zyje dzięki tym zabytkom. Angor należał niegdyś do Królestwa Khmerów, które istniało od IX do XIV wieku. Znajdowało się tu ponad 70 świątyń zbudowanych na cześć Buddy, Sziwy czy Wisznu. Podobno miasto zniszczyło same siebie. Otóż, kompleks wodny był tu tak często poszerzany, że stracono nad nim kontrolę. Dżungla zajęła świątynie, co widać i dzisiaj. A czego nie dopadła przyroda, to oczywiście zniszczył człowiek.
Zwiedzając świątynie można wybrać tzw.małą wycieczkę, czyli 10 km, lub dużą. Pierwszego dnia wybraliśmy się na krótszą wersję, zwiedziliśmy między innymi świątynię zwaną przez turystów Tomb Rider - od filmu, który był w niej kręcony. Zachód słońca podziwialiśmy natomiast w najważniejszej i największej świątyni - Angkor Wat. Wilgotne powietrze i wysoka temperatura plus spaliny i okropny kurz w Siem Reap połączone z małą ilością snu niestety zbiły mnie trochę z nóg. Musiałam odpuścić wdrapywanie się na szczyty świątyń, żeby uniknąć konfrontacji z kambodzanską służbą zdrowia. Drugiego dnia wróciłam już nieco do formy i zrobiliśmy z naszym sympatycznym panem tuktukowcem dłuższą trasę. Świątynie są prawdziwie magiczne, mroczne i pełne tajemnic, ukrytych w długich i krętych konarach i potężnych koronach drzew, czy porośniętych mchem murach. Można się w nich zupełnie wyłączyć od rzeczywistości i przenieść do świata magii, kultu religijnego a przede wszystkim natury, która w tym miejscu była świadkiem historii.
W jednej z świątyń spotkaliśmy małą dziewczynkę, która zapytała mnie po angielsku skąd jestem, po czym zaczęła namawiać mnie do zakupu pocztówek, bransoletek i pamiątek. .. po polsku!! Nie wierzyłam własnym uszom. Gdy Aylton powiedział, że jest Brazylijczykiem nie tylko mówiła po portugalsku, ale nawet odpowiedziała na pytanie o stolicę Brazylii, przy czym 70% ludności świata wymieniłoby Rio de Janeiro albo Sao Paulo, a ta 9-latka znała prawidłową odpowiedź! Mówiła jeszcze trochę po francusku i hiszpańsku. Przyznam, że miałam lekką satysfakcję, że nie znała niemieckiego... ;)
Wieczorem wybraliśmy się na masaż do niewidomych, czy raczej - jak głosił napis na plakacie, który trzymał pan w błękitnym kitlu i czarnych okularach- "widzących oczyma". Bardzo przyjemne zakończenie dnia.
Trzeciego dnia wypożyczyliśmy rowery, żeby powozić sę po okolicznych wioskach. Gdy tylko wyjechaliśmy na gruntową drogę i dojechaliśmy do pól ryżowych, niebo wydało z siebie żałosny krzyk, po czym lunął ciężki tropikalny deszcz. W przeciągu 3 minut droga gruntowa zamieniła się w bagno, a moje błękitne adidasy przybrały brunatny kolor. Szybko wróciliśmy się do małego sklepiku który mijaliśmy po drodze, gdzie miła pani okazała nam prawdziwą gościnność, dach nad głową i przyniosła nam dwa plastikowe krzesła. I tak przeczekaliśmy ulewę, obserwując byki, które zdawały się nie specjalnie przejmować nagłą zmianą pogody. Gdy wreszcie przestało przebrnęliśmy jakoś przez błoto, wytarliśmy buty w trawę i pojechaliśmy w przeciwnym kierunku do czarnych chmur na niebie. Ostatecznie trafiliśmy znowu do Angkor Wat, gdzie zafundowaliśmy sobie mały piknik (wafelki i woda z plecaka) nad jeziorem z widokiem na magiczne świątynie...
Kambodża to kraj jednego dolara (czasem pomnożonego kilkakrotnie). Za 1$ można tu na przykład kupić:
-śniadanie: omlet, jajko sadzone lub jajecznicę;
-obiad: kiepski smażony ryż,
-15 minutowy masaż stóp,
-pedicure w wykonaniu małych rybek w akwarium (nie skusiłam się)
-kiepskiej jakości t-shirt,
-2 małe lane piwa,
- pysznego shake ' a z dowolnie wybranych owoców (banany, kokos, guawa, mango, melon,...)
Można też zrobic pranie (z suszeniem i prasowaniem), 1$ za kilogram (my mieliśmy aż 4).
Kambodża to miejsce, które zawsze chciałam zobaczyć, ale do którego już raczej nie wrócę. Przede wszystkim Siem Reap nastawione jest na turystów, czasem ma się poczucie, że jest się na wolontariacie czy wycieczce charytatywnej, albo, że tubylcy chcą wyssać nie tylko twój portfel, ale także całą duszę. Oczywiście: jest popyt - jest i podaż. Skoro ludzie kupują kokainę, to znajdą się i ci, którzy ją sprzedają. Jeśli ktoś chce słuchać Ewy Farny w Kambodży (i w ogóle...) to będzie ktoś, kto jej piosenkę puści. A skoro ludzi stać na ryż smażony za 10$, to taki się im też serwuje. Bo przecież: czemu nie?
Swoją drogą jedzenie w Siem Reap nie należy do moich ulubionych. Tłuste mięso, podroby I wszechobecne w tym miejscu żaby, które składają się w większości z małych chrząstek to obok smażonego makaronu i dziwnego sosu o smaku wody główne pozycje w tutejszym menu. Efekty uboczne odczuwaliśmy jeszcze przez kolejne trzy dni...
Kambodża to dla nas na swój sposób ciekawe, chociaż kosztowne doświadczenie. Nawet podczas kontroli paszportowej w drodze powrotnej żądano od niektórych &opłaty& za coś tam, jakby 30$ za wizę było mało, a nam proponowano wykupienie poczekalni VIP.. Osobiście: nie polecam. Można zobaczyć np. świątynie Borobudur w Indonezji, omijając cały ten cyrk , nie czując się oszukanym, i nie zatruwając sobie żołądka..


Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia