Loy Krathong, festiwal światła
W tym roku w dniu 25. Listopada wypadł akurat Loy Krathong, czyli festiwal światła. W tym dniu wierni budują małe Krathongi, pływające ozdobne znicze, i zapalone wysyłają wraz ze swomi problemami rzeką w świat. Na wyspie Koh Chang natomiast tradycyjne są lampiony (te ostatnio popularne na weselach) wypuszczane do nieba.
W planie było mnóstwo rzeczy, ale wiele godzin w podróży, dzień zwiedzania, zarwana noc, zmiana czasu i jet lag, i pewnie million innych wymówek spowodowało, że obudziliśmy się po 11 godzinach snu. Rozpoczęcie zwiedzania w południe to trochę jak pójście do restauracji tuż przed zamknięciem. Ale nie ma co płakać. BTS do Victory_Monument, szybkie owoce przy ulicy- ananas i mango, i łapiemy tuk tuka. 100bht do Marble temple to może nie był najlepszy interes, ale za to niesamowita atrakcja. Slalom między autami, nieustanne trąbienie i naginanie przepisów znowu przywróciły wspomnienia z Indonezji. Ależ mialam ochotę usiąść za kierownicą...
Świątynia Marmurowa była dosyć ciekawa, a przynajmniej ładna, z ogrodem i małą wioską, w której mieszkają mnisi. Ale w porównaniu z doświadczeniem z Wat Suthat z poprzedniego dnia - troszkę nijaka. Za to po wyjściu natrafiliśmy na krokodyla, który właśnie wybierał się na chłodzącą kąpiel do kanału. Ten zrobił na nas wrażenie - w przeciwieństwie do wszechobecnych karaluchów, szczurów i jaszczurek- nuda ;)
Jako, że nie udało nam się złapać żadnego tuk tuka postanowiliśmy przejść kilka kilometrów do Wat Saket. Po drodze trafiliśmy na jakieś targi żywności i spróbowaliśmy kolejnych tajskich smakołyków w towarzystwie dwóch sympatycznych Tajek. Ostatecznie trafiliśmy do świątyni Wat Ratchanatdaram, gdzie uśmiechnięty mnich zaprosił nas do budynku w ogrodzie. Okazało się, że to miejsce medytacji chodzącej. Budynek ten składał sie z 4 piętr, każde przypominało coś w rodzaju labiryntu, w formie szachownicy. Od każdego korytarza odchodziły symetrycznie kolejne korytarze, a każdy z nich kończył sie tym samym motywem - w zależności od piętra - posągiem Buddy lub fragmentem ozdobnego dachu. Spacerując po tym labiryncie przy dźwiękach zwoneczków i śpiewie ptaków, nawet taki laik jak ja poczuł atmosferę medytacji.
Wat Saket, do którego właściwie zmierzalismy, &odnalazł się& po drugiej stronie ulicy, a właściwie rzeki. Okolice świątyni zdążyły się juz zapełnić kramikami, karuzelami, a nawet domem strachów. Budy, zabawki i słodycze, zupełnie jak odpust w Kamieniu! Wat Saket znajduje się na wzgórzu, do którego, z tego co pamiętam prowadzą 344 schody, co jakiś czas kilka sporych rozmiarów dzwony, w które wszyscy kolejno uderzali, modląc się - czy to na szczęście, czy na zdrowie - nie wiem, ale z chęcią przyłączyłam się do tego muzykowania. Na szczycie znajduje się złota kopuła, od której niczym promienie słońca odchodzą liny z małymi flagami. Wierni licznie składali dary (chyba dla mnichów), jak i pieniądze, które przyczepiali do lin, prawdopodobnie z okazji święta. Mnisi chętnie też rozmieniali grube banknoty na mniejsze - po 20, 50 czy 100, do których załączali foliowe koszulki z klamerką, na 5 banknotów. Nie będę się wypowiadać na temat stosunku religia - pieniądze. W każdym razie wzgórze to, to idealne miejsce do podziwiania panoramy miasta.
Z Wat Saket wybraliśmy się do świątyni leżącego Buddy, Wat Pho. Leżący Budda to prawdziwy gigant, rozmiar XXXXXXL, około 30 metrowy, w dodatku złoty. Nie tylko Brazylijczycy czy Polacy lubują się w gigantycznych posągach &z kamienia i złota&. Fajny czy nie fajny - zależy od gustu. Bez względu na sam posąg - otoczenie świątyni było po prostu przepiękne - liczne ozdobne wieże w kolorach złota, bieli czy błękitu pięknie zgrywały się z zachodzącym słońcem. Widok zapierający dech w piersiach -co przy tutejszym smogu jest dość niebezpieczne. Na terenie sanktuarium odbywały się w tym dniu tradycyjne koncerty i występy grup tanecznych. Wszędzie biegały dzieci z balonikami, zaczepiając jasnowłosą nieznajomą. Istny odpust!
Na &budach& kupiliśmy sobie kokos, jakieś mini naleśniki z podejrzanie zielonym kremem, a potem lody kolejno: o smaku kokosa, czarnej fasoli i jeszcze duriana, czyli w gruncie rzeczy o smaku i zapachu zgniłej cebuli. Wracając z Wat Pho zobaczyliśmy mnóstwo ludzi w parku. Odpustu ciąg dalszy! Wkręciliśmy się na oficjalną imprezę dla ambasadorów, konsulów, prowadzoną przez ministra turystyki. Tańce, spektakl teatralny, tradycyjne stroje i smakołyki, i na dodatek mogliśmy sobie zrobić naszego własnego Krathonga. Gdy przyszedł czas na prezentację przedstawicieli różnych krajów, fajerwerki i wreszcie - wypuszczenie naszych zniczy na rzekę, okazało się, że przez przypadek wylądowaliśmy po stronie VIPow, mimo naszych ewidentnie nie VIPowych strojów. Gdy zaczęły się fajerwerki na rzece Aylton powiedział coś w stylu &this is fucking amazing& (czyli coś w stylu: to jest kurcze niesamowite:) ), na co przystojny pan obok, oczywiście w garniturze uśmiechnął się i zagadał do nas, a 5 minut później nas przeprosił i został oficjalnie przedstawiony jako ambasador WB. Jakaś elegancka para w tradycyjnych strojach pomogła nam zapalić nasze znicze i CHLUP! wszystkie problemy popłynęły wraz z milionami innych problemów, zaśmiecając wszystkie zakątki rzeki. ..
W tym dniu, na czas festiwalu, transport po rzece był fundowany przez rząd ( z podatków mieszkańców). Na każdym rogu ulicy, w każdym sklepie, o dobroci króla przypominał jego wizerunek w złotej ramie na małym ołtarzyku. Nawet w najbiedniejszych dzielnicach król mógł znaleźć swoją fotkę.
Korzystając z tej dobroci ustawiliśmy się do potężnej kolejki i popłyneliśmy oglądać huczne świętowanie w innych zakątkach miasta. Z ciekawszych rzeczy, które mieliśmy okazję zobaczyć to np film o mnichach wyświetlany na potężnym rzutniku i z głosem podkladanym na żywo!!! przez 3 mężczyzn i kobietę. Przy świątyni wchodzącego słońca spotkaliśmy l natomiast udzi klaskających do drzewa. Na dźwięk ten drzewo otwierało pąki i oczom naszym ukazywały się piękne kwiaty. To dopiero magia!


Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia