Snorklowanie i tajscy piraci


Wcześnie rano przyjechał po nas kolejny człowiek,  wyglądający jak z "mostu na rzece Kwai". Niski,  ciemnoskóry, z długimi tłustymi włosami, kilkoma zębami w kolorze miodu i z twarzą przemawiającą na korzyść teorii Darwina. Wydał krótką komendę, żeby wejść na pakę i zawiózł nas do portu. Tam czekał już na nas long tail boat, czyli łódź z długim ogonem.  Z przodu tej drewnianej łódki zawieszone były kolorowe wstążki. Z przodu- wyglądała jak z kolorowych katalogów zachęcających do "wakacji w raju". Wiecie: biały piasek, lazur oceanu,  błękitne niebo.  Żadnych ludzi, tylko gdzieś z prawej strony 2 drewniane łodzie, koniecznie przodem do widza. 


Tyle,  że na końcu takiej łodzi znajduje się potężny,  pokryty smarem silnik,  jak wyjęty z traktora. Tego oczywiście w katalogach nie zobaczycie.
Gdy tylko nasz uroczy kierowca,  który okazał się również i sternikiem, odpalił tą maszynę,  na niebie pojawił się czarny dym,  o ostrym zapachu,  podobny do tego zimowego w Krakowie. Nie zdążyliśmy jeszcze wyruszyć, gdy silnik zgasł. W tej sytuacji nie pozostawało naszemu sternikowi nic innego,  jak... skręcić i zapalić papierosa.  Na odsiecz przyszedł motorniczy (w sumie było ich dwóch) o wkurzonej twarzy małego dziecka,  wsadził rękę do wiadra pełnego czarnej, lepkiej mazi  (chyba smaru), po czym zaczął "kremować" tym wszystkim silnik, a resztę wytarł w spodnie,  po czym skręcił i zapalił papierosa, zadowolony z sukcesu.


Albo coś było nie tak z łodzią,  albo z jej prowadzącymi, ale od czasu do czasu,  a ściślej co 10 sekund o łódź uderzała fala zalewając cały pokład i wszystkich załogantów. Nikomu, poza moją lustrzanką zapakowaną w trzy reklamówki, się nie upiekło. Po godzinie wszyscy trzęśliśmy się już z zimna. Gdy dopłynęliśmy do pierwszej wyspy każdy chętnie wskoczył do wody,  żeby się ogrzać.
Widoki były przepiękne. Koralowce, kolorowe ryby i mnóstwo skarbów podwodnego świata.  Udało mi się znaleźć nawet buta i okulary przeciwsłoneczne, które dzielnie służyły mi do końca wyjazdu (w sensie-okulary).

Tego dnia zwiedziliśmy cztery wyspy: Koh Mook, Koh Chuek, Koh Ngai, Koh Kradan. Jak można się domyślić koh w języku tajskim oznacza wyspę. Koh Ngai i Koh Kradan to chyba właśnie te wyspy z plakatów i katalogów. Biały, mięciutki, wręcz satynowy piasek, woda mieniąca się odcieniami niebieskiego i zielonego, palmy,  chylące się ku wodzie,  muszle,  porozrzucane tu i ówdzie,  i co najważniejsze: zero parawanów, parasolek, kocy i ręczników,  żadnych naganiaczy, muzyki. Tylko szum oceanu i świeża bryza.  I od czasu do czasu dźwięk silników.


Jednak największe wrażenie zrobiło na mnie Koh Chuek, pozornie zwykła wynurzająca się z oceanu skalista góra. Jednak po pokonaniu kilkuset metrów przez ciemną jaskinię wyspa ta pokazuje swój prawdziwy skarb. Bałam się okropnie- moja klaustrofobia w zestawie z ciemnością wcale nie pomagały w przepłynięciu.  Gdy jednak światło dzienne ukazało, co kryje ta góra,  zapomniałam o całym strachu. W srodku znajdowała się piękna plaża o długości może 100 metrów, otoczona bardzo wysoką skalną ścianą,  i rosnącą przy niej tropikalną florą - palmy, liany,  wysokie drzewa. Wysoko nad naszymi głowami było niewielkie  "okno" na świat- słoneczne niebo. Dookoła latały motyle. Tylko Robinsona tu brakowało!


W drodze powrotnej znowu godzinny "prysznic" na łodzi, tyle,  że tym razem przy niższej temperaturze.  Otuliłam mokre ciało jeszcze bardziej mokrym ręcznikiem i błagałam w myślach,  żebyśmy dotarli wreszcie na brzeg, a stamtąd do naszego bungalowu, gdzie czekała na nas.... zimna woda pod prysznicem.

Komentarze

Popularne posty