Leonardo, małpy i selfie sticki


W przedostatni dzień na wyspie zafundowaliśmy sobie wycieczkę motorówką na wyspę Koh Phi Phi. To ta wyspa z kolorowych katalogów, tyle, że turystow wymazano na nich w Photo shopie.

Phi phi składa się z dwóch części: Koh Phi Phi Lee i koh Phi Phi Don. Pierwsza wyspa, nie zamieszkała, znana jest ze swojej plaży Maya Bay, po której biegał młodziutki - i jakże przystojny Leonardo di Caprio w filmie "Niebiańska Plaża".  Plaża,  w rzeczy samej przepiękna, z białym mięciutkim piaskiem, otoczona wapiennymi skałami wynurzającymi się tu i ówdzie z turkusowej, krystalicznie czystej wody, a wzdłuż niej dżungla,  z bardzo ciekawą roślinnością.



I wszystko było by cudowne - piękna pogoda,  wakacje, słońce - gdyby nie masa turystow,  głównie z Chin, krzyczących i machająch kijkami do robienia selfie, czy tabletami. Swoją drogą- te uchwyty do selfie powinny być zakazane - nie dość,  że można nimi wybić komuś oko albo walnąć w krocze, to jeszcze psują ideę fotografii.
Ta "dzika wyspa" posiada jeszcze oprócz dzikich turystow z kijami całe zaplecze sanitarne.  Chyba spóźniłam sie trochę z odwiedzeniem Tajlandii...


Kolejnym  przystankiem było Bamboo Island. I muszę przyznać, że było pięknie. Mięciutki, biały piasek, woda mieniąca się odcieniami niebieskiego i zielonego.  I pyszny obiad na drewnianej ławce pod palmą.



Gdy dotarliśmy do Koh Phi Phi Don Aylton w pierwszej kolejności podziękował mi,  że prawie pokłóciłam się z nim o to, żeby zamiast właśnie na Koh Phi Phi nasze ostatnie dni w Tajlandii spędzić na mniej turystycznej wyspie - Koh Lancie.

Pierwsza część wyspy, Monkey Beach, to idealne miejsce na snorkling. Nie wychdziliśmy z wody przez bitą godzinę, oglądając zakamarki oceanu. Piękne, kolorowe ryby i Koralowce pochłonęły nas bez reszty.  Był też drugi powód, który trzymał mnie w wodzie: otóż,  Monkey Beach to,  jak nazwa wskazuje wyspa małp, a jak już nie raz wspominałam, z małpami się absolutnie nie zadaję.




Druga część wyspy przypomina trochę Ustkę czy Łebę w sezonie.  Na każdym rogu stragany,  w których kupić można dosłownie wszystko,  ponadto restauracje,  bary,  biura podróży,  salony tatuażu i oczywiście głośna muzyka.  Aż żal,  gdy pomyśleć o tym, jak pięknie było tu zanim zjechali się turyści z całego świata - do których niestety sama należę.  Po przejściu 15 minut przez ten cały jarmark mieliśmy już serdecznie dość tego hałasu i chcieliśmy wrócić na "naszą" spokojną Koh Lantę.

Wyjazd na Koh Phi Phi jest trochę jak wejście na wieżę Eiffla czy zwiedzenie piramid.  Niby trzeba to zobaczyć, niby wszystko to jest piękne,  niepowtarzalne i wyjątkowe,  ale tak na prawdę pozostawia pewien niesmak -czy to przez bałagan i naganiaczy w Kairze, czy to w Paryżu  przez przesadnie wysokie ceny,  czy przez setki turystów, z których każdy naoglądał się za dużo romantycznych filmów. Tak samo na Koh Phi Phi aż huczy od komercji i fleszy aparatów.


Komentarze

Popularne posty