Islandia, czyli na tropie elfów, przystojnych wikingów i zorzy polarnej
Mróz, śnieg, księżycowy krajobraz, aktywne wulkany i trzęsienia ziemi.
Od czterech miesięcy marzę, żeby wyciągnąć mój kochany rower, wybrać się na wycieczkę nad Wisłę, podziwiając krokusy, przebiśniegi i bazie, żeby wystawić buzię do słońca, pochłaniając każdy jego promień.
Tymczasem na Islandii zanotowano największe od 1937 roku opady śniegu z rekordowymi 51 cm śniegu w samej stolicy. Na dodatek 4 z ponad 130 wulkanów tego kraju: Hekla, Takla, Grímsvötn i Bárðarbunga szykują się do erupcji, po tym jak w 2010 roku Eyjafjallajökull sparaliżował ruch lotniczy w całej Europie i doprowadził do ogromnych strat ekonomicznych.
Prawdę mówiąc nigdy nie marzyłam o podróżach do śnieżnych krain, nigdy nie myślałam o Islandii, jako Must Go. Bardziej ciągnie mnie do słońca, bryzy oceanu, piasku (nie mylić z piachem, do którego narazie mi nie prędko), kokosowych koktajli i ulicznego gwaru tropikalnych stolic. Zorzę polarną juz widziałam podczas podróży na północ Szwecji, do Laponii, co prawda trwało to ok. 40 sekund i kosztowało mnie odmrożeniem stóp, ale mogę powiedzieć, że tzw. Aurora borealis to mi z ręki jadła! Ostatnio wpadłam na zdjęcia z Kiruny: ja, młoda i...młoda w bikini na zamarzniętym jeziorze, potem w stroju eskimosa na skuterze snieżnym (pamiętam ten 2litrowy silnik!), zaprzęg husky, lodowe drinki w lodowym barze lodowego hotelu (a jakże by inaczej), reniferki skradające się za drzewkami... a potem smażone w kotle mięso z renifera (sory!), w towarzystwie żurawiny. I w sumie nie było ani piasku, ani oceanu, ani nawet kokosów na ulicznych straganach (których też nie było). Ale było fajnie, tak na prawdę super fajnie. Bo przecież czasem wcale nie musi być bunkrów, żeby było zaje...fajnie!
Szukając biletu do Wenecji - juz po raz drugi, bo pierwszy wyjazd uniemożliwił mi smutny koniec mojej przygody z jeździectwem ("Włochy próba nr 2" juz wkrótce), "zupełnie przypadkowo trafiłam na super promocję lotów na Islandię", czyli jak zwykle pokusa zaczaiła się na mnie i postawiła pod ścianą, i jednego dnia nie tylko wróbel w garści, ale i gołąb na dachu. Wróbel to sprawa dwóch dni, wystarczyło wszystkie nasze odwołane noclegi i loty trochę poprzestawiać, skrócić nasz poprzedni plan i zaklepać jakieś noclegi, i voilà! Problem zaczął się jednak z gołębiem. Gdy już jako szczęśliwa posiadaczka biletu na trasie Warszawa - Reykjavik (z powiększonym bagażem podręcznym), zaczęłam szukać w internecie informacji na temat Islandii, omal nie padłam: obiad w restauracji ok 100zl, piwo w barze 40 zł, nocleg dla 2 osób od 500 zł. Amen. Czyli nie dość, że lodowato, grozi wybuchem wulkanu i snieżycami, to jeszcze mega drogo. Żeby chociaż te elfy były fajne!
Postawiłam sobie za cel zorganizowanie tego wyjazdu tak, żeby nie był ostatnim, ani nawet przedostatnim w tym roku, tzn. żeby nie zrujnował mojego podróżnego budżetu na ten rok, ale żeby i tak był super. Postanowiłam powrócić to mojej pierwotnej formy podróży i skorzystać z couchsurfingu. Zdawałam sobie oczywiście sprawę, że jako samotnie podróżująca blondynka miałam znacznie łatwiejszą sytuację, niż podróżując z latynoskim bojfrendem. Jednak po kilkudziesięciu wysłanych wiadomosciach udało się znaleźć nolceg na pierwsze dwie noce w Islandii. Resztę noclegów, w cenie od 280 do 450 zł za noc /za pokój zarezerwowałam na bookingu i airbnb. Bardzo szybko udało mi się znaleźć kompanów podróży, żeby było nie tylko raźniej, ale żeby można było też podzielić koszty wynajmu samochodu i paliwa. Ostatecznie ma nas być piątka - para Singapurczyków, Amerykanka, Brazylijczyk i Ślązaczka :)
.
Plan jest następujący: zwiedzamy najważniejsze atrakcje zachodniej, południowej i południowo wschodniej części wyspy, razem z tzw. Golden Ring, łącznie około 2500km. Jako, że boję się wulkanów, otwartych przestrzeni, tunelów i snieżyc (i kilku innych rzeczy), i że jestem szczęśliwą posiadaczką jedynego ważnego prawa jazdy na pokładzie, postanowiłam, że nie zrobię ani jednego kilometra więcej i -broń Boże - nie wjadę w żaden (ciemny, przerażający, pozbawiony tlenu, okien i wyjścia ewakuacyjnego) tunel, i kropka.
Jestem wprawdzie z rodziny ciepłolubnych, tych co to lubią duże nasłonecznienie i dużo wody, ale niestety zarówno elfy, jak i Wikingowie, a już przede wszystkim zorza polarna są raczej zimnolubne. Tak więc postanowione - jedziemy na Islandię!
Plecak pęka w szwach: kurtka snowboardowa, grube skarpety, stuptuty, spodnie przeciwdeszczowe, bielizna termoaktywna, czapka, szal i rękawiczki, a w bocznej kieszeni bikini, okulary przeciwsłoneczne i krem z filtrem, a wszystko to dopchane mnóstwem słodyczy i zupek chińskich, i oczywiście aparatem fotograficznym.
Zapomniałam dodać, że tym razem jedzie z nami jeszcze mój nowy dobytek - gwóźdź śródszpikowy w moim prawym ramieniu. Ale będzie heca na lotnisku, ironwoman w podróży! :)


Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia