Krater, lodowiec i Singapurczycy

Śniadanie, kanapki na drogę z polską szynką gotowaną  (do Islandii nie można wwozić mięsa suszonego ani wędzonego, więc salami i kabanosy odpadły w przedbiegach) i serem, szybkie pożegnanie z Julią i Martinem, pod Kaylę do hostelu i szybkie tankowanie (gwoli ścisłości: samochodu).  Pogoda znowu na dzień dobry miała swoje humory. Ale my postanowiliśmy twardo trzymać się planu okrywania tajemnic południa Wyspy Śniegu. Gdy ruszaliśmy w drogę towarzyszył nam siarczysty deszcz i czarne chmury. Jednak gdy dojechaliśmy do Kertiđ matka natura się do nas uśmiechnęła - niebo się rozjaśniło i wyszło piękne słońce.


Kertiđ to wypełniony wodą kilkadziesięciometrowy krater wulkaniczny i jednocześnie wspaniały punkt widokowy. Wstęp na teren krateru według informacji w internecie kosztuje 400 koron, jednak gdy wchodziliśmy z grupą turystów z Singapuru nikt nie poprosił nas o uiszczenie opłaty, na co my również nie nalegaliśmy.

Woda w kraterze - kilkanaście metrów w dół od urwiska na którym staliśmy - miała głęboki granatowy kolor. Pokryta była tu i ówdzie białą taflą lodu. Pod nogami mieliśmy brązową glinę i śnieg.  Dokoła natomiast rozpościerały się zielone lasy i porośnięte żółtym mchem polany, a nad nami pływały na błękitnym tle białe chmury. Pachniało lasem.

Zaczęło znowu padać, więc ruszyliśmy w stronę kolejnych wodospadów: Sejalandsfoss, gdzie można było w odpowiednich ubraniach wejść za strumień wody oraz Skogafoss, który po przejściu około 500 schodów mogliśmy obserwować z góry. Nie podlega wątpliwości, że obydwa te miejsca są wyjątkowo piękne, jednak oglądanie wodospadów w deszczu, depcząc po kałużach o głębokości 10 cm i starając się uchronić aparat przed niechybną śmiercią - nie należy do moich ulubionych rozrywek.

Na szczęście, gdy dojechaliśmy do miejsca, skąd mieliśmy wyruszyć do lodowca, niebo zlitowało się znów nad nami i przegoniło zarówno chmury,  jak i deszcz. 

W drodze mijaliśmy zielone, porośnięte mchem polany, przypominające do złudzenia te, po których biegał Shrek. Jednak w promieniu kilometra od lodowca krajobraz przypominał juz raczej ten z Mad Maxa: czarne góry, zbudowane z drobnych i czarnych - jak węgiel - wulkanicznych kamieni, ciemne skały i zero roślinności.


Właściwie wyglądało tam, jak na naszych brzozowickich hołdach, a przynajmniej takimi pamiętam je z czasów, kiedy byłam nastolatką, gdy wraz z chłopakami z osiedla zjeżdżaliśmy na rowerach z coraz to większych i bardziej pochyłych wzniesień, fundując sobie kolejną dawkę adrenaliny.
Z lewej nagle pojawiło się jezioro wulkaniczne (jak wszystko tutaj), a przed nami wyłonił się potężny, monumentalny lodowiec. Potęga i siła, którą emanowały te ogromne języki lodu onieśmieliły mnie zupełnie.  Poczułam się taka mała, słaba i bezbronna w obliczu potęgi natury. Dookoła panowała niepokojąca cisza, lodowiec zdawał się wydawać ledwo słyszalne dla ludzkiego ucha dźwięki, jakby szum czy może gwizd.  Czasem gdzieś z boku zsuwały się kamienie, budując prawdziwy nastrój grozy. Czułam, że zaraz pojawi się Królowa Śniegu,  by zamienić nasze serca w lód.

Lodowiec miał biało-błękitny kolor, który zmieniał swoje odcienie w zależności od kątu padania promieni słonecznych.  Magia kolorów i kształtów czarowała nas - malutkich.

Kiedy około 19:00 dojechaliśmy zmęczeni do pensjonatu, dostaliśmy wiadomość od naszych Singapurczyków, którzy ze względu na problemy z wizją mieli dwudniowe opóźnienie, że uciekł im autobus i utknęli w oddalonej 100 kilometrów od nas miejscowości Gulfoss. Byłam wykończona, poprosiłam ich, żeby złapali stopa, jednak podświadomie wiedziałam, że nie będą mieli wystarczająco odwagi i siły perswazji. Dopiłam herbatę, wzięłam klucze z auta i komórkę, i poszłam w stronę auta. Aylton, równie zachwycony wieczorną wycieczką, podążył za mną. Kayla, bardziej chyba przerażona wizją samotnego czekania, niż chętna odebrać naszych towarzyszy podroży, nalegała, by jechać z nami. Gdy po godzinie dojechaliśmy do Gulfoss, Hua Xuan i Tann Nee, którzy kazali na siebie mówić Xavier i Chloe, czekali na nas w barze. Całą drogę byłam na nich zła, jednak gdy zobaczyłam ich sympatyczne, tak okropnie zmęczone długą podróżą z Singapuru twarze, złość zamieniła się we współczucie i sympatię. Zaczęło padać, a powietrze wypełniło się mgłą, niczym mlekiem. Jedyne, co byłam w stanie zobaczyć to śpiące dzieciaki na tylnym siedzeniu naszego auta.

Gdy około 22:30 wróciliśmy do pensjonatu odetchnęłam z ulgą. Głód minął, a zmęczenie i przeziębienie odebrały mi chęci na kolację. Po gorącym prysznicu położyłam się z tabletem do łóżka, planując napisać kilku słów...




Komentarze

Popularne posty