No to sruuuu!
Pendolino o 7 rano, drugie śniadanie na Centralnym, koleją podmiejską na lotnisko, standardowa juz prawie rundka na fortepianie w kąciku Chopina, pólgodzinne opóźnienie i po 4 godzinach naszym oczom ukazała się bielusienka Islandia, tu i ówdzie jakby maźnięta czarnym pędzlem - tu kreska, tam kółko, gdzieś jakaś kropeczka. Nad nią błękitne niebo, a dookoła granatowy ocean. W samolocie można było tylko usłyszeć gromkie "wow", a potem cisza - każdy, nawet "lokalsi" i wracający do pracy Polacy napawali się widokiem jak z bajki o Królowej Śniegu.
Godzina 18. Na lotnisku czekał na nas człowiek z grzywką "na hitlerka", pomalowanymi brwiami i niesamowitą ilością make-upu i z kartką w ręku z wypisanymi moimi imieniem i nazwiskiem. Wybraliśmy z bankomatu korony i pojechaliśmy z Jonem odebrać samochód z wypożyczalni. Dostaliśmy nowiutką Dacie Duster, jak z pod igły. W drodze do naszego Couchsurfera mogliśmy podziwiać zachód słońca nad oceanem i zaśnieżony Reykjavik.
Martin przywitał nas mocnym niemieckim akcentem i zaprowadził do mieszkania, zawalonego książkami. Podczas gdy on wraz z dwoma równie jak on ekscentrycznymi koleżankami próbował rozwiązać jakąś matematyczną łamigłówkę na poniedziałkowe ćwiczenia, Julia, jego dziewczyna grała obok na PlayStation siedząc na -jak się dowiedzieliśmy - naszym łóżku.
W takiej sytuacji nie pozostawało nam nic innego jak przedłużyć nasz i tak już strasznie długi dzień o wieczorny spacer po mroźnej stolicy.
Reykjavik okazał się dużo ładniejszy i barwniejszy, niż się spodziewałam. Miasto tętniło życiem i muzyką, włóczyliśmy się między uroczymi knajpkami i klimatycznymi restauracjami, ślizgalismy się po zamarzniętym jeziorze, podziwialiśmy gwiazdy. Gdy zmarznięci wróciliśmy po dwóch godzinach włóczęgi do Martina, na stole czekała na nas kolacja. W nocy strasznie wymarzłam. Okazało się, że Martin właśnie na noc otwiera okna, bo... lubi.
Gdy nad ranem obudziłam się zakatarzona za oknem ukazał mi się szary, mroźny i deszczowy dzień. Zbierałam się takim samym zapałem, jak co dzień do pracy - pięć 10-minutowych drzemek. Kaylę odebraliśmy z hostelu z godzinnym opóźnieniem i wyruszyliśmy na północny-wschód w stronę tzw. Golden Ring, czyli około 300 kilometrów trasy w kształcie pierścienia, łączącej kilka ważniejszych atrakcji turystycznych Islandii.
Krajobraz był niemalże księżycowy. Świat pokryty śniegiem, białe polany, białe jeziora i chmury. Wokół czasem wynurzały się równie białe góry. Byłam zachwycona, i jednocześnie zaniepokojona tą pustką, a może raczej nieskończonością, która nas otaczała. Od czasu do czasu na niebie pokazywały się ciemnoszare chmury, przynoszące lekki deszcz, czasem pojawiała się gęsta mgła.
Pierwszym punktem naszej podróży był park narodowy Thingvellir. Zaparkowałam kilka metrów przed parkingiem i informacją turystyczną unikając opłaty za postój (400 koron), jednak zapłaciłam chwilę później 200 koron za najdroższą w moich dotychczasowych podróżach toaletę (ok. 8 zł). Wchodząc do parku znajdowaliśmy się między dwoma kontynentami, a ściślej ujmując: między dwoma płytami tektonicznymi - euroazjatycką i amerykańską (Almannagja).
Nieco dalej mogliśmy obserwować grupy turystów nurkujących między tymi płytami w jeziorze (Peningagja). Krajobraz wokół był bajkowy: pokryte grubą warstwą białego puchu polany, zamarznięte jeziora, opruszone drzewa i zlewające się z resztą, niemalże rażące bielą niebo. Cały ten obrazek dopełniał położony nad pokrytą białymi krami rzeką, uroczy kościółek. Dwugodzinny spacer zakończyliśmy przy niemalże zamarzniętym wodospadzie Öxarárfoss. Dodam, że nazwy wodospadów kończące się na "foss" nie są przypadkiem, wszak "foss" po islandzku oznacza właśnie wodospad.
Z parku narodowego pojechaliśmy w stronę położonego kilkadziesiąt kilometrów dalej Haukadalur, terenów geotermanych. Już z daleka widać było unoszącą się w powietrzu parę wodną, wszędzie roznosił się też zapach zgniłych jaj - jak to jednomyślnie określiliśmy - który wytwarzała siarka.
Na Haukadulur, oprócz dziesiątek mniejszych, gotująch się, bulgotających małych źródeł, znajdowały się dwa duże gejzery. Jeden z nich wybucha średnio co 10 godzin, drugi natomiast średnio co 10 minut. Gdy tak stałam w pełni skoncentrowana nad wypełnionym gotującą się wodą kraterem, czekając z palcem na guziku Start na jego erupcję podeszła do mnie Azjatka, dotknęła mnie za ramię i zapytała cichutko, jak często wybucha ten gejzer. I dokładnie w tym momencie usłyszałam za sobą huk. Przegapiłam Idealny moment na zdjęcie, ale gdy spojrzałam na przerażoną twarz dziewczyny, zasłonięte dłonią usta i jej przepraszający wzrok, wybuchnęłam śmiechem. Ona tylko zdążyła powiedzieć przepraszam, za nim sama wręcz parsknęła ze śmiechu. Śmiałyśmy się tak głośno, że zdawać by się mogło, że odebraliśmy gejzerowi całą jego popularność, bo uwaga turystów skierowana była tylko na nas! :)
Naszym następnym miejscem zwiedzania tego dnia był wodospad Gullfoss - taka Niagara w wersji islandzkiej, tyle, że z dużo mniejszą ilością turystów, częściowo zamarznięta, częściowo ośnieżona. Wokół słychać tylko szum wody i świergot ptaków. Pięknie, ale tak zimno, wietrznie i wilgotno, że myślami byłam już w źródłach geotermanych.
Secret Lagoon miało być miejscem tajemniczym i dzikim, ale na miejscu zastaliśmy parking, kawiarnię i oczywiście kasę, w której na wejściu portfel odchudza się o 2800 koron, czyli jakieś 110 złotych od osoby. Na dodatek źródło było pełne podchmielonych turystów z piwami i drinkami w dłoniach, drzących się głównie po angielsku i hiszpańsku. Jednak, gdy tylko postawiłam stopę w gorącej siarkowej wodzie moje fale mózgowe nastawiły się na relax i tryb grzania. I nagle wszystko było takie piękne, gorące i przyjemne. Po dwóch godzinach lenistwa trzeba było niestety wyjść znowu na mróz, usiąść za kierownicę i wrócić do Reykjaviku. Gdy dojechaliśmy do mieszkania Martina była prawie 22:00. Kolacja, rozmowy do nocy z naszymi gospodarzami i budzik ustawiony na 7:30. Założyłam grube skarpety i zawinęłam się po uszy w śpiworze...






Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia