Czarne plaże i na tropie Małego Księcia


Obudziło mnie wkradające się przez okno wprost do łóżka mocne słońce. Poczułam się, jak na Mauritiusie. Byłam zmęczona i głodna, a jednocześnie taka zrelaksowana. Męczył mnie straszny katar; stres, nieregularne jedzenie, chłód, deszcz i silny wiatr dały o sobie znać. Na szczęście w kuchni czekało na nas świeże pieczywo, wędliny, sery, jajka, owoce i domowe dżemy, w tym nietypowy - z chilli i mój ulubiony - ze smażonej skórki pomarańczowej,  a do tego niesamowity widok na morze i spacerujące leniwie po łące owce.  Śniadanie zjedliśmy z sympatyczną parą Francuzów i trzema zabawnymi Amerykankami. Nigdzie się nie śpieszyłam, dzisiaj był mój dzień relaksu. Sączyłam kawę, wpatrując się w błękit nieba i tak bardzo cieszyłam się moim TU i TERAZ.

Gdy wreszcie zwlekłam się z wielkiej sofy, która była już blisko pochłonięcia mnie na zawsze, zrobiliśmy kanapki na drogę i pojechaliśmy po resztę ekipy do sąsiedniego pensjonatu  (czyt . kilkanaście kilometrów dalej).  Słońce nadal prażyło, jak na mojej ukochanej wyspie, bez okularów -ani rusz. Tymczasem w Reykjaviku zostawiliśmy podobno deszcz i huragan.

Gdybym nie wiedziała, jak długą drogę przebyli poprzedniego dnia nasi nowi znajomi z Singapuru, pomyślałabym, że właśnie wrócili ze SPA. Pogoda, a przede wszystkim  słońce zaserwowały nam dużą dawkę pozytywnej energii. Również zwierzęta wyglądały na bardziej aktywne i zadowolone: owce, ptaki, dzikie konie. Zatrzymałam samochód przy drodze i poszliśmy przywitać się ze stadem tych zadowolonych dzikich czteronogów. Zawahałam się podejść bliżej, miałam wrażenie, że mój zaśrubowany bark próbował przypomnieć mi o możliwych konsekwencjach. Jednak, gdy zobaczyłam łagodne oczy tego pięknego stworzenia strach poszedł na bok, a jego miejsce zajął znowu zachwyt i ciekawość.



Postanowiliśmy zahaczyć o wczorajszy wodospad, żeby również Qavier i Chloe mogli go zobaczyć. W słońcu robił niezwykłe wrażenie.


Stamtąd skierowaliśmy się do Sólheimajökull, gdzie zostawiliśmy samochód i wybraliśmy się na trzygodzinny spacer po innej planecie. Pod stopami szurały drobniutkie czarne wulkaniczne kamienie, które rozsypane były w promieniu kilku kilometrów. Gdzieś z tyłu wyłaniały się pokryte śniegiem góry. Błękitne niebo rozświetlało słońce. Po 50 minutach leniwego spaceru dotarliśmy do wydm, za którymi ukrywał się jakby zapomniany wrak samolotu i, trochę dalej, ocean. Obraz jak z książki Antoine de Saint- Exupèry. Widok był tak magiczny, że słowo daję, iż  zaczęłam rozglądać się za rozmawiającym ze żmiją chłopcem ze złotą czupryną. 

Małego Księcia nigdzie nie było,  wróciliśmy więc do samochodu i pojechaliśmy w stronę Viku. Zrobiliśmy małe zakupy w równie małym markecie, bo w miasteczku było kilkadziesiąt domów,  stacja benzynowa i kościółek na wzgórzu,  z którego roztaczał się widok na okolicę. Pojechaliśmy w okolicę łuku skalnego Dyrhólaey. Gdy wjechaliśmy na wzgórze naszym oczom ukazał się widok jak z bajki: klify, ośnieżone szczyty gór, szerokie czarne plaże, granatowy ocean, z którego wyłaniały się skały.


Mieliśmy samochód (pseudo)terenowy, wiec mogliśmy pozwolić sobie podjechać trochę wyżej,  stromą, kamienistą i kręta drogą. Stamtąd mieliśmy już widok na całą okolicę. Czułam się jak Ania na Zielonym Wzgórzu. Biała latarnia morska na zielonej polanie, a dookoła niebiańskie widoki. Z prawej niekończąca się czarna plaża, którą co jakiś czas oblewały białe potężne fale. Dalej jeziora, pokryte warstwą lodu, za nami potężne góry, tu i ówdzie pokryte śniegiem, zza których wyłaniał się majestatyczny lodowiec, a potem znowu czarna plaża i wystające z niej skały. Z prawej uroczy biały domek, w którym mieszka pewnie jakiś hobbit i prowadząca do niego usypana z drobnych kamyków kręta ścieżka. Przed nami natomiast rozciągał się bezkres oceanu Atlantykiego, po którym gdzieś tam w oddali pływali z pewnością jacyś Wikingowie i wieloryby. Mogłabym się tak patrzeć i marzyć w nieskończoność.



Gdy dojechaliśmy do naszego hotelu - ba! czterogwiazdkowego hotelu umieraliśmy z głodu. W Viku zrobiliśmy zakupu, Qavier trzymał w ręku swoją jeszcze zamrożoną pizzę, niczym upolowaną zwierzynę, ja marzyłam już o kotlecie od mamy. Gdy zapytaliśmy o kuchnię recepcjonistka spojrzała na nas pogardliwie i powiedziała dość szorstkim tonem "to jest hotel!", po czym podała nam menu, w którym na przystawkę serwowano baraninę za 150 zł. Podziękowaliśmy grzecznie, po czym udaliśmy się do swoich pokoi, od razu na nastawiając  wodę w czajniku. Puree Winiary i kotlet odgrzany na parze  smakowały na co najmniej na 4 gwiazdki! 
Po kolacji i kąpieli poszliśmy z Ayltonem do dzieciaków z butelką Krupniku i paluszkami. Obawiałam się trochę, że wódka może ich wystraszyć, jednak Chloe na widok butelki krzyknęła "wow, I love vodka!". No i proszę - alkohol łączy ludzi ;)
Gdy tak siedzieliśmy i śmialiśmy się, opowiadając o podróżach usłyszeliśmy nagle hałasy na korytarzu. Szybkie kroki, krzyki, trzaskanie drzwi. To mogło oznaczać tylko jedno - ONA przybyła. Odsłoniliśmy żaluzje (cała ściana była przeszklona) i naszym oczom ukazała się gwiazda polarna. Wpadliśmy w szał. Założyłam trapery na bose stopy, czapkę na mokre włosy i wybiegłam na śnieg w piżamie. Odebrało mi mowę. To co widziałam w Laponii to była jedynie namiastka tego, co miałam w tym momencie przed oczami. Znajdowaliśmy się z daleka od cywilizacji, niebo było więc zupełnie czarne. Z zielonych smug, jak fajerwerki rozbłyskiwały kolejne smugi światła, tworząc magiczne kształty i wzory, które pływały, ba! tańczyły na nieboskłonie, znikając co jakiś czas tylko po to, by znowu pojawić wie ku wielkiej uciesze obserwujących. To było jak balet. Tancerze ubrani na zielono, niebiesko i żółto tworzący układy i tańczący w rytm muzyki klasycznej.


Zrobiło się zimno i bardzo późno, wskoczyłam do łóżka i nasunęłam kołdrę na nos, jednak nadal dlugo nie mogłam zmrużyć oka, gdyż tuż za moim oknem trwał najpiękniejszy występ, jaki w życiu widziałam...


Komentarze

Popularne posty