I ZNOWU FREDDY…
Ostatnie dwa dni spędzam na pochłanianiu wszelkimi zmysłami uroków oceanu: odświeżającej bryzy, zapierających dech w piersiach odcieni błękitu, romantycznych zachodów słońca i szumu fal, których nie znajdę w Surabaya... Dwa razy dziennie wcinam też sałatki owocowe i najlepsze na świecie soki od moich nowych koleżanek z Night Marketu. Oprócz tego zajadam się lodami (na moje nieszczęście Freddy jest również ich wielkim zwolennikiem, co skutecznie uniemożliwia mi walkę z nałogiem;) i namiętnie pije kawę (która w przeciwieństwie do tej w Surabaya jest mocna, czarna i co najważniejsze… gorzka!). Czuję się trochę, jakbym opuszczała raj i wracała na ziemię, i próbowała zaspokoić na zapas moje potrzeby…. Tak, czuję się jak parę miesięcy temu, gdy opuszczałam Mauritius…
W piątek rano mam uczyć się z Freddym surfingu, jednak ucho coraz bardziej daje o sobie znać, a lekarz zabronił mi przecież pływania. Freddy zabiera mnie na wycieczkę. Nie wiem, dokąd zmierzamy, ale sądząc po ciemniejącym powoli niebie i bólu tyłka, jedziemy znacznie dalej, niż mogę się tego spodziewać. W końcu docieramy do przeuroczego, bardzo tradycyjnego miasteczka Ubud i siadamy w kawiarni przy tradycyjnej hinduskiej herbacie. Po chwili relaksu odwiedzamy przydrożną galerię. Na chwilę tracę zupełnie kontakt z rzeczywistością, to miejsce jest po prostu NIESAMOWITE... Jest nie tylko galerią, halą wystawową, ale i miejscem pracy artysty, w którym znajdują się ogólnie dostępne dla odwiedzających: polowa kuchnia, warsztat, schowek i toaleta. Niesamowicie kolorowe obrazy, głównie portrety, ale i bardzo nowoczesne kolaże (z wizerunkami Myszki Micky, M. Monroe czy A. Einsteina), są dosłownie porozrzucane po piętrowym budynku: po ścianach, po podłodze, po suficie. Na stolikach pałętają się farby, sztalugi, słoiki z pędzlami, garnki, sztućce i talerze…. A w powietrzu roznosi się zapach farby, połączony z aromatem kwiatów i pasją artysty…. HMMMMMM…. J
Freddy znowu spogląda na zegarek i mówi: „Przepraszam, ale musimy już jechać, bo inaczej nie zdążymy przed zachodem słońca.” Nie pytam dokąd nie zdążymy, bo wiem, że i tak mi nie odpowie. Zatrzymujemy się przy czymś w rodzaju wiejskiej zagrody, z pięknego jasnego drewna. Parkujemy z tyłu, przy jakiś uprawach. Kobiety ze stożkowatymi kapeluszami, pracujące w pocie czoła, uśmiechają się serdecznie na widok dwóch bule. Schodzimy po schodkach w dół, w stronę niewielkiej rzeczki otoczonej istną dżunglą – z lianami, palmami i innymi tropikalnymi roślinami. A nad tym wszystkim unosi się mgła iście z horroru. Zafascynowana widokiem nie zauważam nawet, że Freddy znika. Przechodzę przez mostek i wdrapuje się w górę, podążając za intuicją. A tam jakby nagła zmiana dekoracji – piękne słoneczne pola ryżowe. Jest i Freddy.
Po drodze oglądamy jeszcze hodowlę ziół i wracamy do zagrody. Siadamy przy stoliku i wzywamy przy pomocy drewnianej łyżki i wielkiego kloca drewna miłą panią kelnerkę. Freddy zamawia dla mnie tradycyjny balinejski napój. W wysokiej szklance dostaję wodę, na której dnie znajduję się jakaś fioletowo-pomarańczowa mieszanka. Nawet moje zwykle nieomylne kubki smakowe nie są w stanie rozgryźć tego smaku – kandyzowana pomarańcza ze słodkim sokiem z… czegoś fioletowego i goździkami?... Już prawie rozszyfrowuję ten smak, gdy widzę Freddiego spoglądającego na zegarek i uśmiechającego się znacząco. No tak… Pędzimy dalej!
Po drodze łapie nas deszcz, więc zostaję zmuszona do ubrania peleryny. Nadal nie wiem gdzie jedziemy, a Freddy ciągle zerka na zegarek…;)
Gdy wreszcie docieramy do jakiejś bramki i kasy biletowej Freddy uśmiecha się z zadowoleniem –to chyba znak, że zdążyliśmy „na czas” J Biegniemy przez jakiś tradycyjny market, mijając wyroby z batiku: bluzki, sukienki, spódnice, koszule; drewniane ozdoby, wizerunki balinejskich hinduskich bogów z przerażającymi wyrazami twarzy, indonezyjskie jedzenie i… zagubiony w tłumie straganów sklep Ralph Lauren (a ten skąd się tu wziął???)
Przechodzimy przez wielką, kamienną bramę a tam… Świątynia Tanah Lot! Położona na skale, kilkadziesiąt metrów od brzegu, otoczona szeregiem innych skał i świątyni. Na prawdę piękna! Dostanie się w jej pobliże, ze względu na przypływ, nie jest takie łatwe. Fale obijają się dziko o skały, torując drogę. Ale my i tak jesteśmy już mokrzy, więc co za różnica J
„Tanah Lot” dosłownie oznacza „Ląd w morzu”. Zgodnie z legendą świątynia ta została zbudowana z inicjatywy jakiegoś hinduskiego kapłana, który podczas spaceru zauważył skalną wysepkę w morzu i nakazał miejscowym rybakom by wybudowali tam świątynię, która od tego dnia miała stać się miejscem kultu balijskich bogów morza. Wstęp do świątyni mają niestety tylko hindusi. Według lokalnych wierzeń Tanah Lot jest strzeżona przed najeźdźcami i złymi duchami przez jadowite węże morskie i przez niejakiego "świętego węża", który mieszka na lądzie, w jamie skalnej naprzeciw świątyni.
Ze względy na przypływ ogłaszają zamknięcie bramy, więc wszyscy turyści w mgnieniu oka znikają. My siedzimy na zboczu przeciwległej skały (tam gdzie mieszka święty wąż;) i podziwiamy zachód słońca nad Tanah Lot. Gdyby nie była to hinduska świątynia, miejsce kultu religijnego – powiedziałabym, że jest tu mega romantycznie.... mmmmm :)
Mój aparat z jakiegoś niewiadomego powodu odmawia posłuszeństwa, uparł się, że nie zrobi zdjęcia i koniec kropka. Zatrzymujemy jakiś dwóch chłopaków w typowych dla Indonezji kultowych okularach Ray Bena-i prosimy o zrobienie nam zdjęcia ich aparatem i przesłanie go potem na maila. Na te słowa ich oczy po prostu płoną! Zaczyna się: zdjęcie w okularach i bez okularów. Zdjęcie ze mną w środku, zdjęcie z Freddym w środku, zdjęcie z obydwoma w środku. Zdjęcie z chłopakami w środku, na przemian, na stojąco, na siedząco i cupając… Czuje się jak VIP :)
W drodze powrotnej, przedzierając się przez pełne kamorów, dziur i kałuży drogi gruntowe podziwiamy pola ryżowe. Ułożone schodkowo grunty są wypełnione wodą, w której lustrze odbija się niebo, gwiazdy i przyroda, tworząc przepiękne lustrzane tarasy…
Nazajutrz rezerwuje bilet na autobus i spotykam się jeszcze z Joeyem i Arindrą. Gdy o godzinie 18.00 ciągle jeszcze nie dostaję telefonu od biura podróży potwierdzającego mój wyjazd, w duchu mam nadzieję, że zostanę jeszcze chociaż jeden dzień…. Ale niestety, wszystko, co dobre szybko się kończy…



Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia