Półwysep Snæfellsjökull - zachód


Rano strasznie się grzebaliśmy, gdyż pogoda nie rozpieszczała: szaro, zimno i deszczowo. Mimo wszystko postanowiliśmy pojechać na północ, zobaczyć krajobraz półwyspu Snæfellsjökull.
Po przejechaniu 8 rond wreszcie wyjechaliśmy na prostą i uprzejma pani z nawigacji przestała wreszcie powtarzać "at the roundabout take the second exit". Po jakiś 40 kilometrach dotarliśmy do końca drogi i naszym oczom ukazał się...tunel! Zaklinałam się,  że nie wjadę w żaden tunel, a ten bezczelnie stanął na mojej drodze, nie pozostawiając mi wyboru. Po przejechaniu 2 kilometrów poziom adrenaliny osiągnął swój zenit, a z oczu popłynęły mi gęste łzy. Wpadłam w panikę. Aylton glaskał mnie po głowie, próbując mnie uspokoic, co jeszcze bardziej  doprowadzało mnie do szału. Gdy byłam już bliska eksplozji, nagle ukazało się światło i wyjechaliśmy z głębi oceanu na bezpieczny ląd. Cała się trzęsłam i oddychałam, jak Juniorka u weterynarza. Tak - jestem prawdziwą Drama Queen.

Do pierwszego celu ciągle było daleko,  ale w końcu nie o to chodzi by złapać króliczka,  ale by gonić go. Sama podróż była niesamowitą przygodą. Mijaliśmy klify, wodospady, ośnieżone góry,  zielone doliny, porośnięte mchem skały wulkaniczne, a nawet i sam wulkan. Dotarliśmy do czarnej, wulkanicznej plaży, dosłownie zasypanej muszlami, gdzie wiatr omal nie urwał mi głowy. Kilkadziesiąt kilometrów dalej podziwialiśmy granat oceanu z klifów, wreszcie wjechaliśmy do parku narodowego, położonego tuż przy linii brzegowej. Tam przed nami ukazały się czarne jak węgiel chmury, które po chwili zaserwowały nam ulewę rodem z Indonezji, połączoną z wiatrem o szybkości do 25 m/s. Ledwo panowałam nad kierownicą, w dodatku prawie nic nie widziałam. Podczas gdy rozważałam powrót i ucieczkę przed sztormem niebo się rozjasniło,  przybrało swój naturalny błękitny kolor, a nad nami ukazało się tropikalne słońce. Tak - to są właśnie uroki Islandii.

                    

Pojechaliśmy w kierunku oceanu, na plażę wulkaniczną Djupalonssandur. Wokół rozpościerały się dosłownie rozsypane skały wulkaniczne pokryte zielonym, miękkim mchem, a nad nami błękitne niebo. Z tylu zaś wynurzały się pokryte śniegiem szczyty gór. Do doskonałości brakowało już tylko muzyki z Władcy Pierścieni.

Po drodze całkiem przypadkowo wjechaliśmy do bardzo malownjczej wioski rybackiej Hellnar, gdzie oprócz kościółka i cmentarza, udało nam się zobaczyć...wieloryba, który najwyraźniej wybrał się na samotną leniwą wycieczkę wzdłuż linii brzegowej. Płynął sobie powolutku, chlapiąc radośnie wodą, co w praktyce wywoływało kilkumetrowe fale i pewnie nie lada zamieszanie tam pod taflą oceanu, w świecie Nemo (na zdjęciu wieloryb to ta biała kropka z prawej, nad cmentarzem ).

                        

Powoli zapadał zmrok. Kierując się w stronę Reykjaviku (objeżdżalismy półwysep), zatrzymaliśmy się jeszcze na klifach Gatklettur, skąd mogliśmy podziwiać łuk skalny, przez który przebijały się hucznie fale, oraz tysiące relaksujących się na skałach, bądź latających wokoło mew. Gdy dotarliśmy do położonego tuż nad oceanem kościoła Búđakirkja, księżyc wyłonił się zza horyzontu, rzucając na świat swój magiczny blask i odbijając się w lustrze wody. Położony nieopodal hotel wtapiał się w cały ten nieamowity krajobraz tworząc kompozycję rodem z powieści o Sherlocku Holmesie. Zaczęłam się rozglądać za psem Baskerville'ów. Wytężyłam słuch. Przez ciszę przebijał się tylko szum oceanu i nieco psychodeliczny śmiech ptaków.

                        

Gdy dojechaliśmy do tego nieszczęsnego tunelu łączącego dwa półwyspy oczywistym było, że już do niego nigdy nie wjadę. Zmuszona więc byłam okrążyć całą zatokę, pod którą przechodził tunel, co dawało nam prawie 30 dodatkowych kilometrów, w ciemności, nad urwistym brzegiem, po serpentynach, i dodatkowo na dziurawej i śliskiej nawierzchni. Było jasnym, dlaczego zainwestawono fortunę w budowę tunelu pod oceanem. Ale to i tak mnie nie przekonało do zmiany decyzji. Gdy wreszcie wyjechaliśmy na prostą przed nami było jeszcze "tylko" 8 rond i znowu "at the roundabout take the second exit"... Przy 3 rondzie prawie zasnęłam. Tego dnia zrobiłam ostatecznie 490km.

Gdy około 22 wróciliśmy do mieszkania Mara i jej kot leżakowali przed telewizorem. Szybko zrobiłam kolację: ryż i maminie kotlety, dodatkowo z roztopionym serem i szynką. Takie wypaśne danie w lokalnej restauracji kosztowałoby nas pewnie ze 150 zł od osoby. Jako, że bolało mnie gardło, już trzeci dzień lało mi się z nosa i miałam rozpalone czoło trzeba było szybko reagować. Sięgając po Gripex zobaczyłam naszą butelkę Krupniku pigwowego i stwierdziłam, że faszerowane się lękami nie jest dobre. l tak siedzieliśmy z Marą i jej kotem do 1 w nocy odkarzając gardła i opowiadając o podróżach...
Mara poczęstowała nas suszonym mięsem z (trującego-jak twierdziła) rekina. Obawiając się uczulenia przekazałam swoją porcję Ayltonowi. Na potrzeby tej degustacji nasza gospodyni wyrzuciła Ayltona na balkon, gdyż zapach tego specyfiku w momencie zatrułby powietrze w całym mieszkaniu. Po minie widać było,  że smak wcale nie był lepszy od zapachu..






Komentarze

  1. Musze przeczytać wszystkie Twoje posty!! Mam ciarki jak czytam te Twoje przygody!:)
    Go Girl!!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia

Popularne posty