JAK TO MÓWI PANI JOLA: „PRZYGODY MUSZĄ BYĆ” :)



02.01.2012

O 8.30 spotykamy się pod biurem podróży Billyego. W samochodzie jadą trzy jego klientki z Finlandii. Ja pędzę na skuterku za nim. Ruch jest ogromny, słońce praży, a Greg i jego plecak nie należą do najlżejszych na świecie pasażerów. Na szczęście po trzech tygodniach spędzonych w Surabaya i ekstremalnej jeździe z Freddym, wiem już mniej więcej, jak omijać auta, raz z prawej, raz z lewej, jak skracać drogę (np. chodnikiem), a przy okazji jeździć szybko, nie tracąc Billyego z oczu i nie zabijając siebie i Grega… ;)

Jedziemy najpierw na obrzeża Kuty na tradycyjny teatr balinejski, wychwalany w niebiosa przez Indonezyjczyków (głównie tych z biur podróży…). Wszyscy aktorzy, oprócz kolorowo ubranych tancerek, noszą dość upiorne przebrania. Część wygląda jak Muka z Muminków, niektórzy jak małe Mi w połączeniu z Alladynem, czy jakoś tak.. Grająca na tradycyjnych indonezyjskich instrumentach orkiestra rekompensuje marną jakość całej tej szopki. Jedno jest pewne: bilet na pewno nie jest wart swojej ceny 80.000 rupii (ok 30zł). Typowa rozrywka dla naiwnych bule (do których ewidentnie teraz należę..;).


Po spektaklu jedziemy dalej na południe, do Nusa Dua, skąd statkiem mamy popłynąć na wyspę żółwi. Po przejrzeniu zdjęć z katalogu jednego z atakujących nas przedstawicieli biura podróży, na których pani ze spaloną słońcem twarzą i trzyma z przerażeniem w oczach w rękach węża, jednogłośnie stwierdzamy, że tym razem nie wyrzucimy ponad 100 000 rupii na kolejną „niesamowitą przygodę dla turystów” ;) Decydujemy się na parasayiling, który po uporczywym targowaniu się kosztuje nas jedynie 80 000 rupii. Nie należy do najoryginalniejszych na świecie turystycznych rozrywek (patrz fotki znajomych z Turcji czy Egiptu ;) ale za taką kasę to szkoda by było nie polecieć, chociażby te kilka minut, nad (nazywaną przez niektórych) rajską wyspą Bali…


Po drodze do Uluwatu zatrzymujemy się na plaży w Padang Padang. Plaża, jak ostatnio, pełna turystów. Słońce praży, a moje ramiona i uda robią się coraz bardziej czerwone od jazdy na motorze… Dołącza do nas Viqi ze znajomymi, uroczą parą– Bonnym, mówi o sobie „Lady” albo „Angel” z Dżakarty i Stevenem z Belgii. Po chwilowym szoku razem z Bonnym w końcu zaczynamy porównywać nasze gusty co do popularnych gwiazd filmowych… J

Gdy pływając chłodzę (o/s)palone ciało w oceanie i podziwiam piękne widoki, zostaję zaatakowana…. przez kraba! Nie wiem, czy wpłynęłam w jego strefę, czy „zajechałam” mu drogę, czy po prostu nie przypadłam mu do gustu, ale fakt jest jeden: krab uszczypnął mnie w dekolt!

Jedziemy dalej, w bikini, z ramionami przykrytymi ręcznikiem i kaskiem na głowie pędzę za Billym do Uluwatu, najbardziej wysuniętą na południe miejscowość na Bali. Przy wejściu do kompleksu świątynnego (po uiszczeniu opłaty za wstęp) każdy dostaje batikową, fioletową przepaskę na biodra (nie wiem dokładnie po co, skoro i tak mam na sobie koszulkę bez rękawów i z głębokim dekoltem. Ale grunt, żeby nogi były zakryte;)

Park roi się od małp. Jedne łażą, inne śpią, inne skaczą po drzewach, jeszcze inne wylegują się w słoneczku, drapiąc siebie albo koleżankę obok za uchem... Billy ostrzega nas o skłonnościach małp to przywłaszczania sobie cudzych rzeczy. Rzeczywiście, nie mija kilka minut gdy jedna z małp wskakuje mi na głowę porywając mi z ręki całą paczkę orzeszków ziemnych, po czym siada sobie wygodnie na moich ramionach i trzymając się włosów, jakby nigdy nic zaczyna sobie wcinać swoją zdobycz…


Gdy wreszcie udaje mi się uwolnić od tego paskudnego, ale jakże uroczego złodzieja zabieram się za fotografowanie tego fascynującego miejsca. Widok z położonej na wzgórzu świątyni zapiera dech w piersiach. Jest jakby połączeniem mini Muru Chińskiego z miniaturką Angkor Wat w Kambodży. Piękna architektura, niesamowita przyroda, szalejący ocean…


Gdy tak stoję i podziwiam to wszystko przez obiektyw aparatu, nagle ktoś zaczyna zszarpywać mi japonka ze stopy. Jako, że zostałam okradziona z jednej pary japonek w trakcie sylwestra i zmuszona byłam kupić nowe, w pierwszej chwili myślę, że Greg robi sobie ze mnie jaja… Gdy jednak wkurzona spoglądam w dół, widzę potężną, tłustą małpę, wbijającą swoje drapieżne zęby w moją stopę. Zaczynam krzyczeć, odpycham ją ręką z całej siły, a ta paskuda wbija swoje kły w moją dłoń. Biorę nogi za pas… a ta za mną! Gdy wreszcie udaje mi się uciec w bezpieczne miejsce, kątem oka widzę ludzi gapiących się na mnie w bezruchu, z przerażeniem. Ja nadal nie wierzę. Najpierw telefon, potem krab, do tego spalone ramiona. A teraz jeszcze dostanę wścieklizny. Pięknie, w czepku urodzona..


Wejście na tradycyjne balinejskie tańce Kecak Dance kosztuje 80 000 rupii i zapowiada się równie kiczowato jak na tradycyjnym balinejskim teatrze. Ale jestem w stanie zapłacić każdą cenę byle być z daleka od tych skaczących po drzewach krwiożerczych potworów. Siadamy na chwilę na murku, zmęczeni i zestresowani. Przecieram krwawiącą stopę i dłoń, i zaklejam plastrem, myśląc o ewentualnych skutkach tego nieszczęśliwego wypadku. W ułamku sekundy widzę sięgającą z drzewa łapę, która ściąga jednej z Finek okulary z nosa. Przecieram oczy z niedowierzaniem, a złodziej już siedzi na innym drzewie. Wołamy ochroniarza, który rzuca małpie orzeszka…. a w zamian dostaje okulary i 20 000 rupii zapłaty za usługę!! Czy te małpy są wytresowane na złodziei??


Tańce Kecak Dance zaczynają się niepokojąco. Tłum półnagich facetów siada dookoła ognia i zaczyna wydawać z siebie dziwne dźwięki z pogranicza stukania, szeleszczenia i beatboxu: „Ciki ciki ciki ciki ciki…” Z czasem na scenie pojawiają się tancerki do złudzenia przypominające te z porannego teatru i jakieś potwory z długimi pazurami, również na kształt Muki. Po zachodzie słońca artyści rozkładają na scenie suszone wiórki kokosu i podpalają je, po czym po nich biegają. Sadomasochistyczny taniec, przy psychopatycznych dźwiękach, potężnej chmurze dymu i zapachu spalenizny. Voila!

W drodze powrotnej łapie nas siarczysty deszcz, więc ostatecznie docieram do hotelu spalona, przemoczona, potwornie głodna, z krwawiącą stopą… Ale co tam: przygody muszą być! W międzyczasie dzwonię do ubezpieczalni i jakby nigdy nic mówię: „Chciałam zgłosić incydent, zostałam pogryziona przez małpę”. Na kilkanaście sekund w słuchawce zapadła cisza…. J

Komentarze

Prześlij komentarz

Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia

Popularne posty