BALI


28.12.2011

Po 17 godzinach jazdy w mega zatłoczonym busiku WRESZCIE docieram na miejsce: Kuta, Bombing Monument (ku pamięci 600 turystów, którzy w 2002 zginęli w pobliskim klubie, w zamachu bombowym). Od razu jestem atakowana przez taksówkarzy, zarówno tych w taryfach, jak i tych motorowych. Po 10 minutach pojawia się Freddy, przystojny surfer z Wenezueli, w COOL beatelsowskich okularach, na swoim „wypasionym” skuterku … ;)

W hotelu, w którym mieszka, i w którym ma mnie przenocować, jest jakaś kontrola policji, więc skoro mam tam spać na tzw. „Krzywy ryj” musi mnie jakoś „przemycić”. Freddy zostawia mnie więc w przydrożnym barze, zabiera mój plecak, i zostawia mi swój, mówiąc tylko: „uważaj, tu jest całe moje życie”. Siedząc przy soczku ze świeżo wyciśniętych pomarańczy i talerzu przepysznych tropikalnych owoców ( typu mango, banan, awokado, ananas…) dochodzi do mnie, że razem z kilka minut temu poznanym Freddym, odjeżdża właśnie mój bagaż, mój ukochany aparat i netbook. No cóż, skoro zostawił mi „swoje życie” to: życie za życie… CARPE DIEM! ;)

Gdy po 10 minutach wraca, czuję jakoś dziwną ulgę ;)

Po południu siedzimy z Freddym na poręczy balkonu i gadamy: o życiu, śmierci, szczęściu i miłości, o podróżach i marzeniach. Freddy, jak większość ludzi, których spotykam w Indonezji jest bardzo „oryginalny” i mega interesujący. Ma 26 lat i przejechał samotnie pół świata, testując najlepsze miejsca dla surferów i poszerzając swoje horyzonty.


Po obiedzie wybieram się na samotny spacer. Chodzenie na bosaka nie jest tu chyba najbardziej popularne, bo każdy na ulicy próbuje mi sprzedać japonki w najlepszej cenie;) Przypadkowo trafiam do studia tatuażu, gdzie spędzam kolejną godzinę przy piwku z tutejszymi „artystami”. Gdziekolwiek nie idę jestem zaczepiana, muszę obiecywać kelnerom, że przyjdę później zjeść w ich restauracji, a handlarzom, że „później” kupię koszulkę z wdzięcznym napisem BALI, właśnie u nich J

„Tidak, terima kasih”* to chyba najbardziej użyteczne słowa na Bali.

Wieczorem spotykamy się ze znajomymi Freddyiego, surferami. Klub pełny jest półnagich, pijanych Australijczyków, krzyczących i tańczących jakieś dziwne ludowe, czy może raczej tropikalne tańce (?;)).

*pl. : ”Nie, dziękuje”

Komentarze

Popularne posty