FISH MARKET, czyli jak jeść KALAMARY



Czas na Bali, czas w Indonezji w ogóle, płynie zupełnie inaczej niż w Europie. Ludzie nigdy nie śpią. Gdy jedni zabierają się za obiad, drudzy zaczynają śniadanie. Gdy jedni wracają chwiejnie z nocnej imprezy, inni jadą na skuterku, z deską surfingową przyczepioną z boku, nad ocean, walczyć z falami.

My też docieramy do hotelu ok. 7 nad ranem. Po 3 godzinach snu jedziemy na „śniadanie” na oddalony 40 minut od Kuty Fish Market. Jazdę na skuterze z Freddym mogę zaliczyć do najbardziej ekstremalnych sportów, jakie uprawiałam w życiu. Jego „maszyna” już dawno zakończyła czasy swojej świetności, a opony błagają o ich dopompowanie. Jednak Freddyiemu wydaję się to w ogóle nie przeszkadzać. W swoich beatlesowskich okularkach i surferskiej czapce pędzi przez wąskie uliczki, pola i górki, nie zważając w żadnym wypadku na zatłoczony ruch drogowy, progi zwalniające, dziury na drogach, przepisy, znaki… i swojego pasażera z tyłu! J

Fish Market wygląda tak, jak się tego spodziewałam. Ledwo stojąca „hala” przy morzu, mnóstwo tubylców i gdzieniegdzie jakiś bule z aparatem (jak np. ja;). Jest brudno, ciasno i śmierdzi rybami (a jakże by inaczej), co chwilę przychodzi świeży transport i trzeba naprawdę uważać, żeby gdzieś nie wpaść albo chociaż nie otrzeć się o jakąś „pachnącą” skrzynię, ale atmosfera i widoki wszystko to rekompensują. Hala tętni życiem (jeśli nie licząc zabitych ryb i owoców morza), można tu znaleźć wszelkiego rodzaju ryby: w kropki, paski czy ciapki, niebieskie, żółte czy czerwone; jak i inne stwory morskie: kalamary, ośmiornice, raki, kraby ) żywe, ze związanymi nogami/łapami/czy jak to się tam zwie;), muszle, małże, krewetki, glony i miliony innych, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia.



Kupujemy z Freddym pół kilo kalamarów i dużą czerwoną rybę. Po wypatroszeniu zanosimy ją kucharzowi, który grilluje je w specjalnych metalowych szczypcach na piecu opalanym skorupami z kokosu. Ostry zapach owoców morza miesza się tu z jeszcze ostrzejszym zapachem dymu i spalenizny…

Czekając na rybę, idziemy na spacer na plażę, pełną kutrów, sieci rybackich i plączących się pod nogami żyłek. Po drodze spotykamy grupkę dzieci w wieku od 4 do 10 lat, szarpiące się usilnie z czymś ewidentnie silnym. Okazuje się, że upolowały (na żyłkę i jedną mała rybkę!) olbrzymiego drapieżnego ptaka (pojęcia nie mam co to, ale wyglądało jak sęp). Gdy podchodzę bliżej, żeby zrobić zdjęcie, jeden z chłopców próbuje mi wcisnąć tego trzepoczącego skrzydłami olbrzyma do rąk… żebym zrobiła sobie z nim fajne zdjęcie! Nie ma jak życie w zgodzie z naturą…


Odbieramy nasze jedzenie i wracamy na plażę. Freddy tłumaczy mi jak jeść kalamary. Najpierw wsadza palec głęboko wewnątrz ciała (w brzuch?), tak że te małe ugrillowane, mega gumiate stworzonko naciąga się na cały jego palec, tak, że aż robi się przeźroczyste. Następnie wyciąga palec (w sensie: Freddy;) ze wszystkimi wnętrznościami (kalamary;). I wszystko jest czarne jak smoła – zarówno zbrodniarz, jak i ofiara. A potem odgryza (Freddy) kawałek tego pustego, gumiatego, czarnego balona, i żuje. TAMTARADEJ, smacznego! ;) Znacznie przyjemniejsza w jedzeniu jest głowa. Mała, z czarnymi (spalonymi), chrupiącymi czułkami. Jak się za długo na nie nie patrzy, to smakują całkiem nieźle. Jednak… nie ma jak ryba! Mięciutka, delikatna i soczysta. YUMMI J

Najtrudniejszym etapem w jedzeniu ugrillowanych owoców morza na plaży – jest wymycie rąk, mając do dyspozycji jedynie ocean i piasek, tymbardziej że dłonie i paznokcie są czarne jak smoła i śmierdzące… niech żyje przygoda!;)

Komentarze

Popularne posty