DOBRZE WIDZI SIĘ TYLKO SERCEM. NAJWAZNIEJSZE JEST NIEWIDOCZNE DLA OCZU.
Życie już dawno nauczyło mnie, żeby nie oceniać książki po okładce. W Surabaya poznaje kolejnych wspaniałych ludzi, którzy odmieniają mój pogląd na świat. Należą do nich miedzy innymi Hamdiya i Wuri, które na co dzień chodzą w batikowych*, mocno zakrytych bluzkach, długich spodniach i w chustach na głowie. W dość szybkim czasie dochodzi do mnie, że mimo swojej ogromnej religijności, obie są zwykłymi, szalonymi dziewczynami, które tak jak ja marzą o dalekich podróżach, szczęściu i miłości... Gdy pierwszy raz zostaje zaproszona do ich pokoju - jestem w szoku: jeansy, koszulki z krótkim rękawkiem, rozpuszczone włosy.. Plotkujemy, rozmawiamy o facetach i ich głupocie (sory:P), o miłości, małżeństwie, o odmienności naszych kultur. Zajadamy się słodyczami i śmiejemy do upadłego. Jeździmy razem na skuterkach, gadamy o motoryzacji, napalamy się na ścigacze, słuchamy rocka, robimy głupkowate zdjęcia… Jednym słowem - dziewczyny są niesamowite! J
W szybkim czasie zaprzyjaźniam się z większością nauczycieli w szkole, z dzieciakami (które często nazywają mnie Barbie –zero szacunku dla Miss Agaty!!!!! :P) i ich rodzicami, którzy w każdej chwili szukają możliwości ćwiczenia swojej znajomości angielskiego.
Większość czasu spędzam z Upe i Reyem – nauczycielem muzyki. W jednej z sal znajduje się prawdziwy muzyczny raj: keyboard, perkusja, 4 gitary, mikrofon i wielkie kolumny. A do tego komputer i sprzęt do nagrywania muzyki. Tu właśnie, razem z Upe i Reyem, spędzam większość mojego czasu w Saims, jeśli akurat nie jestem w kinie (które kosztuje tu około 7 zl i jest na znacznie wyższym poziomie niż w Polsce), w jednym z licznych klubów karaoke (które wyglądają trochę jak ze Star Treka!), czy po prostu ze znajomymi w knajpie czy na uczelni. Czas na wspólnym muzykowaniu upływa tak szybko, że nikt nawet nie zauważa, gdy mija północ… Rey jest genialnym muzykiem, gra na pianinie, keyboardzie, każdego rodzaju instrumencie perkusyjnym i smyczkowym, i ma piękny glos. Jego pasja do muzyki jest niesamowicie zaraźliwa i budzi prawdziwą zazdrość (tak, przyznaję się!:)). I mimo, że jego angielski jest na poziomie 0,5 (w skali 0-10;), to poprzez muzykę potrafi w niesamowity sposób wyrazić siebie. Obiecałam sobie i jemu, że do mojego wyjazdu nauczę go angielskiego, żeby świat mógł zobaczyć jego talent (a potem zostanę jego menagerem… :P)
Tak sobie myślę, że chyba nie przeszkadza mi już codzienny deszcz (a raczej nawałnice), niesamowicie chaotyczny ruch drogowy, chodzenie w spodniach i bluzkach z długimi rękawami przy temp. ponad 30 stopni, brak innych bule, niewygodne mandi*, brak tropikalnych plaż, które na Mauritiusie miałam na wyciągnięcie ręki (tutaj najbliższa plaża wygląda raczej jak wesołe miasteczko, które czasy świetności przechodziło jakieś 20 lat temu, jest zabudowana licznymi kramikami, straganami, zamurowana jakimiś kiczowatymi murami… ale mimo wszystko cieszy się ogromna popularnością „zakochanych par” , które widzą w tym cos romantycznego. Hmmm...


Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia