NIECODZIENNE ŚWIĘTA

24.12.2011

Święta, Wigilia. A wokół sami muzułmanie. Rano spotkanie z rodzicami i nauczycielami, oficjalny koniec semestru, rozdanie świadectw. O 17 wyjazd autobusem na Bali. Na zewnątrz leje jak z cebra. Takiej ulewy w życiu jeszcze nie widziałam. Ale temperatura nie spada poniżej 30 stopni. W czasie zebrania powoli dochodzę do wniosku, że chyba jednak nie chcę spędzić Świąt w autobusie. 14 godzin, do 6 rana w 1.Dzien Świat. A w Polsce trwają przygotowania. Pewnie jak zwykle u babci w kuchni wszyscy będą rano (czyli za jakieś 6 godzin )kroić bakalie i bułki na makówki. Wszędzie będzie pachniało makówkami, mocką i kapustą kiszoną z grzybami….

Ale przecież jestem w raju, nie mogę narzekać, sama wybrałam.

Po zebraniu idę z Reyem nagrywać jego nowa piosenkę o cudownie brzmiącym tytule „Agata” J Po dwóch godzinach prawdziwego Jam session ze smutną miną zabieram się za pakowanie, wyjazd do „raju” za godzinę.

W ostatniej chwili decyduje się spędzić Święta w Surabaya. Ani mi się śni gnić w Wigilie w autobusie. Poza tem Dzieciątko na pewno tam nie trafi! Już i tak Mu przecież nieźle nagmatwałam z tym wyjazdem na Jawe…… :P

Wracam do naszego „studia nagrań”. Robimy nowy podkład: klawisze + gitara +efekty specjalne typu kurczak (jak na złość!)… J Do tego fragmenty „Normlanie o tej porze” (sorry!) i refren w Bahasa Indonesia. Efekt: po prostu rozbrajający J I do tego mamy wigilijny zlot muzyków, robi się tłoczno!

Kolacja wigilijna wisi pod znakiem zapytania. Hamdyia i Wuri musza pilnie załatwić cos w banku, Rey w ostatniej chwili dostaje wezwanie do szpitala, a ja zostaje sama. W Wigilię.

Spontanicznie dostaje zaproszenie na kolację od jednego z kolesi, który grał dzisiaj z nami. On chyba nie bardzo rozumie, ze ja wcale nie jestem głodna, ze chcę po prostu spędzić Święta z bliskimi mi ludźmi. Po kilkunastominutowych przekonywaniach daje się jednak namówić. Jedziemy piździkiem kilkanaście minut od SAIMS, na jeden z końców świata. Wybieramy jeden z kilkudziesięciu przydrożnych barów.

Wigilijne menu: ryż (a jakże by inaczej), podsmażane warzywa z chili, jajko sadzone (a raczej przesadzone), Tempeh, Sambal i Ice Tea. Mialy być makówki, mocka i kompot z suszu, ale nie mogę narzekać: „bunkrów nie ma ale tez jest zajebiście!” ;)

Po kolacji wigilijnej jedziemy na pobliski wiadukt, gdzie przy wzmożonym ruchu i wielkim zanieczyszczeniu spalinami lokalni siedzą po obu stronach szosy na chodnikach, wyłożonych papierami, na bosaka (buty kulturalnie ściągnięte na ulicy, przy zaparkowanych skuterach i motorach), przy stołach wysokich na 10 cm, i popijają kawę czy ice tea. Do tego uliczni grajkowie, zbierający do puszki papierosy i drobne. No cóż. I to ma swój niepowtarzalny urok ;)

O godzinie 23 odbiera mnie Joey, mój buddyjski kolega, i zabiera mnie na drugi koniec miasta na pasterkę do katedry. Dzielimy się opłatkiem na parkingu w aucie, i śpiewamy jedyną „kolędę”, jaką zna: „Jingle Bells”… Potem jedziemy na kawę do gigantycznego centrum handlowego. Tak: w nocy, w 1 Dzień świat. Ale co tam: choinka jest, i to jaka wielka! ;)

Komentarze

  1. ...no 'troche' inna wiglia niz u nas :P..ale na pewno niezapomniana :D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia

Popularne posty