SELAMAT MAKAN! = smacznego!
SAMBAL = bardzo popularny tutaj sos z chili; zabójczo ostry
NASI GORENG = smażony ryz
AYAM i jego miliony odmian = po prostu kurczak, podawany na słodko, na ostro, na ciemno i na jasno, a czasem i na żółto z curry ;), w całości lub rozdrobiony, przeważnie z owłosioną jeszcze skórką….
NUDLE = trochę jak tagiatelli, podawane z mięsem, warzywami, jajkiem, czy co tam dusza zapragnie
SOTO = zupa z ryżem i nudlami, kawałkami kurczaka i chili
TOFU = bardzo ważne w kraju, w którym mleko i jogurty nie należą do najpopularniejszych, zupełnie inne niż w Europie. W Szwecji moi chińscy przyjaciele za żadne skarby nie umieli mnie do niego przekonać, tutaj – smażone, przyprawione sambalem, smakuje niesamowicie!
TEMPEH = podłużne, owalne plastry sfermentowanej soi, które wyglądają trochę jak chleb razowy ze słonecznikiem, ale w jasnym kolorze, a z wierzchu przypominają skórkę pleśniowego sera. Smażony tempeh jest przepysznym snackiem jak również dodatkiem do wielu potraw. Czasem przygotowuje się go na słodko, kroi na drobne kawałki i dodaje do ryżu. Mój numer jeden!
CZIPSY = tubylcy jedzą je dosłownie ze wszystkim. Wyglądają jak nasze chipsy – te takie białe, prażone, komunistyczne, a na dodatek pachną wędzonym mięsem. Tak jak nie lubię ich w Polsce, tak samo nie trawie ich tutaj. Są przeważnie białe, jak u nas, ale sprzedaje się tez różowe czy zielone.
KUPANG= nie wiem co to dokładnie jest, ale wygląda i smakuje obrzydliwie (bez obrazy!). Malutkie owoce morza, w siwym, błotnistym kolorze, na słodko (!!!), nabijane na wykałaczki. Spróbowałam raz. Nigdy więcej. Jak się zastanowię nad „czystością” pobliskich „plaż”, na których są zbierane, to nie dziwie się dlaczego przez dwa dni wymiotowałam, miałam dreszcze i wysoką gorączkę. Ale co tam, Kupang zaliczony, a ja znowu w formie ;)
ROTI = typowo induska potrawa, ale zupełnie nie wygląda i nie smakuje jak te, do którego byłam przyzwyczajona na Mauritiusie. Tam miękkie, smażone, podawane z fasolą i innymi warzywami, tutaj - mega chrupiące i cieńkie, podawane raczej jak naleśniki albo w formie precyzyjnie ukształtowanego rożka o wysokości ok 35cm, polanego syropem (uwielbiam roti z bananami i miodem, yummmiii….!!!)
W szkole lunch zazwyczaj podawany jest w szarym papierze zawiniętym gumką, jak takie jajko-niespodzianka. W środku, na liściu trzciny cukrowej, ułożona jest porcja ryżu, kawałek wołowiny, ewentualnie kurczaka albo smażonej ryby (z przerażającą głową), a do tego, w zależności od dnia: liście szpinaku, jakieś smażone warzywa, chrupiące, słodkie wiórki kokosu (pycha!), ogórek albo świeże liście czegoś, co w smaku przypomina cytrynową miętę. Do tego często w osobnym woreczku dodaje się sos (a raczej wywar, jak nasz rosół). Czasem zamiast ryżu, tak dla odmiany -po prostu nudle z czymś (ale wtedy Indonezyjczycy są nadal głodni, twierdzą, że mogą się najeść tylko ryżemJ.
Siedzimy przeważnie na podłodze, za talerz służy szary papier, w który zapakowane jest jedzenie, za widelec – lewa ręka, za nóż –prawa ;) W rzadszych przypadkach je się łyżką. Ale po co? nie ma jak pobawić się i uciaprać jedzeniem. Oh yeah! J
*batik = tradycyjna tkanina indonezyjska, o dość specyficznych wzorach. Szyje się z niej spódnice, sukienki, tuniki, koszule…
*mandi = cos na kształt naszego prysznica, wygląda to mniej więcej tak: w łazience znajduje się taka jakby wanna (do której, bron Boże! się nie wchodzi) z czystą, ZIMNĄ woda, a przy niej plastikowy pojemnik z uchwytem (jak lejek), służący do nabierania wody i oblewania się nią. No cóż, kwestia przyzwyczajenia….


Komentarze
Prześlij komentarz
Może masz jakieś uwagi, komentarze? :)
Chętnie przeczytam Twoją opinię! Pozdrawiam, gusia