INDONESIA, BABY!
9. grudnia 2011
Po 6h „odsiadki” na lotnisku w Kuala Lumpur i 4-godzinnym locie, docieram wreszcie do Surabaya. Moje blond włosy i jasna skóra rzeczywiście wzbudzają tu nie lada sensację. Zaczyna się od dokładnego przekopania mojego plecaka, który przecież zapięty jest na styk!!! A wszystko dlatego, ze pan celnik chce sobie urwać ze mną pogawędkę o tzw. „dupie maryny”. Po spakowaniu i wytłumaczeniu ze nie mogę mu dać nr tel., bo przecież nie mam jeszcze indonezyjskiej karty SIM, napada na mnie kolejny celnik. Tym razem jednak udaje mi się zręcznie wywinąć J
Na lotnisku czeka na mnie już Intan i jej dwóch znajomych. Jedziemy prosto do gigantycznego centrum handlowego żeby wymienić pieniądze. Cztery pietra, potężna powierzchnia, miliony sklepów, kina, kluby karaoke, fun city z przeróżnymi zabawami i grami dla dużych dzieci. Wszystko wydaje się takie nierealne… Chyba zaczynam odczuwać skutki zmiany czasu i długiej podróży czyli tzw. Jet lag…
SEKOLAH ALAM INSAN MULIA SURABAYA
W szkole czekają już na mnie: dzieci, nauczyciele, rodzice. Wszyscy nazywają mnie BULE, co w Bahasa Indonesia (języku indonezyjskim) oznacza „obcokrajowiec”. Spocona i wymęczona wielogodzinną podróżą prezentuję się chyba nie najlepiej, ale to nie zwalnia mnie z przedstawienia się wszystkim…na scenie. Żenujące… Jednak oprócz mnie nikt nie zdaje się przejmować moimi brudnymi ubraniami i przetłuszczonymi włosami, hehe.
SAMBAL: PIERWSZE SPOTKANIE I PRÓBA ZABÓJSTWA
Pierwszy posiłek, w gabinecie menagera szkoły, Mr. Aziza. I moje pierwsze spotkanie z Sambalem, tradycyjnym indonezyjskim sosem z chilli. I pierwsza proba zabójstwa. Zarówno w Szwecji, gdzie przez długi czas jadałam z moim przyjacielem Amalem z Indii, jak i na Mauritiusie wydawało mi się ze chili nie stanowi dla mnie żadnej tajemnicy. Teraz przekonuje się, jak bardzo się myliłam….
Po 10 minutowym kaszleniu i dławieniu się: podejście nr dwa. Co mnie nie zabije to mnie wzmocni;)
Pierwsze spotkanie z indonezyjską kuchnią: pyszny mus z wołowiny, szpinak (czy coś podobnego), udka z kurczaka i oczywiście ryż, wszystko na liściu z trzciny cukrowej. No i oczywisty brak sztućców. FajowoJ Chociaż mamie być się nie spodobało! ;)
Jeśli chodzi o szkole: jest po prostu piękna. Wprawdzie znajduje się na końcu Surabaya (czy początku: jak kto woli), ale za to w odróżnieniu od całego szarego, zatłoczonego miasta – zachwyca zielenią i innymi kolorami. Nie na daremno nazywa się SEKOLAH ALAM INSAN MULIA SURABAYA, czyli, w luźnym tłumaczeniu: szkoła, natura, dobry człowiek, Surabaya. Jest to dość spory obszar z licznymi piętrowymi budynkami, prawie wszystko drewniane, bez jakiś pancernych drzwi i szczelnych ścian, straszących dzieci. Do wszystkich klas wchodzi się na bosaka, buty zostawia się na polce. Nikt nie przejmuje się, czyje buty akurat pożycza, wiec może się zdarzyć, ze trzeba również pożyczyć czyiś klapek J
Dokoła mnóstwo zieleni, drzew owocowych, wśród nich niewielkie boisko do kosza i piłki nożnej, mini park linowy, mini staw z liną do skakania, huśtawki, karuzele, domek na drzewie… i zwierzęta: kury, świnki morskie, ptaki, ryby… ale do kwestii zwierząt wrócę jeszcze nie raz…
Teraz muszę się porządnie wyspać…


..emocjonujący dzień :D
OdpowiedzUsuń..trzymaj sie tam Bule! ;)