Dlaczego Indonezja?
Dobre pytanie!
Pomysł wyjazdu do Indonezji pojawił się… na Mauritiusie. Podczas wolontariatu poznałam tam wielu cudownych ludzi, różnych kultur i narodowości, którzy odmienili moje życie i zmienili moje poglądy na świat. Jednym z nich był Robert, który był na wolontariacie w Indonezji i był tym krajem dosłownie oczarowany, i który potem pomógł mi w załatwieniu mojego wyjazdu. Drugim był Patrice. Zwiedził pół świata, mieszkał już prawie wszędzie. Kiedy powiedziałam mu, że zakochałam się w Mauritiusie i że chciałabym tu zostać, bez zastanowienia odpowiedział: „Poważnie?! Przecież tu jest okropnie nudno! Podoba Ci się Mauritius? To jedz do Indonezji. To idealne miejsce dla Ciebie!”
No i zaufałam im. Tak po prostu. Miesiąc później pakowałam się w podróż do ukochanego kraju, tak na prawdę przypadkowo spotkanych na drugim końcu świata ludzi….
=> Indonezja, Jawa, Surabaya.
=> Nowa misja: nauczycielka angielskiego w szkole muzułmańskiej Sekolah Alam Insan Mulia Surabaya, w skrócie SAIMS. (btw. Ja i angielski????)
Nie wracam już do Szwecji. Jak mówił Mark Twain:
„Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego NIE zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś.”
Tuż przed wyjazdem zaczynam mieć wątpliwości. Na Mauritiusie było mi tak dobrze: ludzie różnych kultur, różnych religii, piękna pogoda, ocean, wodospady, góry, rajskie plaże na wyciągniecie ręki. A do tego te cudowne miasteczka, zawsze uśmiechnięci ludzie, samochody napędzane klaksonem, niesamowita przyroda, barwny świat zwierząt, począwszy od karaluchów na ulicach, pod łóżkiem, czasem w lodówce… przez ptaszniki na ścianach, po cykające jaszczurki na sufitach...
Za to Surabaya? Niby nad oceanem, ale woda brudna i brak plaż. Miasto przemysłowe. 92% ludności to muzułmanie, dość konserwatywni, jak twierdza przewodnicy na portalach internetowych. Duży ruch na drogach, bardzo gęste zaludnienie. Niewielka ilość obcokrajowców, mała różnorodność kulturowa. Liczne zagrożenia w całej Indonezji: aktywne wulkany, trzęsienia ziemi, powodzie, malaria, japońskie zapalenie mózgu…. W dodatku wlaśnie rozpoczęła się pora deszczowa, wiec „codziennie ulewy nie powinny zaskoczyć turystów”. Po jednym dniu researchu - poddaje się. Podpisałam umowę na 6 miesięcy, wole nie wiedzieć jakie UROKI tam na mnie jeszcze czekają… W dodatku jadę zupełnie sama… ( No tak, ale to przecież nie pierwszy raz! J)
Tuż przed wyjazdem dopada mnie jakiś dziwny niepokój i oczywiście stres: pożegnania, spotkania ze znajomymi, (plus nawiązywanie nowych znajomości ;) ), odpowiadanie na pytania typu „Po co? Dlaczego? Co z tego będziesz mieć? Kiedy chcesz się ustabilizować?....”, formalności, załatwianie wizy w Warszawie, szybkie zakupy i pakowanie. Grunt to się nie poddawać i trzymać się planu (ale matko! czy ja w ogóle mam jakiś plan?)
Ostatni ruch: przepakowanie. Przecież będę pracować w szkole muzułmańskiej. Letnie sukienki, spodenki i spodniczki wracają do szafy. Zastępują je spodnie i koszule z długim rękawem, i bluzeczki „z golfem”. Zapowiada się ciekawie…


Przyjemnie sie czyta o Twoich podrozach :) pozdrowienia z Piekar :)
OdpowiedzUsuńCzekam na dalszy rozwój wydarzeń :)Mam nadzieję, że będzie pozytywny .... inaczej będę miał wyrzuty sumienia .. :P
OdpowiedzUsuńświetny tekst! ;)
OdpowiedzUsuń..niech Ci się tam dobrze wiedzie!..pozdrawiam :)
dziekuje Wam serdecznie, nie wiedzialam, ze ktos sie w ogole zainteresuje moimi opowiesciami dziwnej tresci... ;)
OdpowiedzUsuńObiecuje dodac zdjecia, jak tylko wroce z Bali! buziaki :*
p.s. nooo Robert, duza odpowiedzialnosc lezy na Tobie... :P